Ogłoszenie


Jeżeli chcesz zareklamować swoje usługi na forum poczytaj tu: Klik




#1 2008-06-19 12:48:00

Pirulo
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 974
płeć: boy
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania: różne

Jak Königsberg stawał się Chojną

Trochę pokręcona ta nasza polsko niemiecka - historia, zwłaszcza z perspektywy ponad 60- ciu lat od zakończenia II Wojny Światowej. Znalazłem w sieci materiał, który może niektórzych zaciekawić.... źródło : http://www.gazeta.chojna.com.pl/gazeta. … mp;temat=6 ( i następne  numery archiwalne)

Jak Königsberg stawał się Chojną

Na początku lutego minęło 60 lat od zajęcia Chojny (ówczesnego Königsbergu) przez Armię Czerwoną. Jako dzisiejsi mieszkańcy nadal niewiele wiemy o wydarzeniach tamtych dni. Dlatego chcemy przedstawić relacje niemieckich mieszkańców miasta z tego dramatycznego okresu. Dziś fragmenty relacji starosty Königsbergu Reuschera z ostatnich dni swego urzędowania w styczniu i lutym 1945 roku. Korzystamy z uprzejmości byłego mieszkańca miasta - Kurta Speera, który przekazał nam opracowaną przez siebie dokumentację z tamtego czasu. W nawiasach podajemy kursywą późniejsze polskie nazwy miejscowości oraz inne objaśnienia.

Nie wpuścić bolszewizmu
Mój syn przyjechał z frontu wschodniego na urlop i doniósł o defetystycznych hasłach, krążących wśród żołnierzy. Najniebezpieczniejsze z nich było: "Kto zdobywa ziemię, ten ujrzy ojczyznę". Nikt nie chciał umierać za straconą sprawę. Goebbelsowska propaganda mówiła o wunderwaffe, ale na froncie nikt na nią nie czekał. Czy naukowcy zajmujący się atomistyką nie byli w stanie zbudować bomby atomowej? To pytanie jest jeszcze dzisiaj bez odpowiedzi.
Ataki lotnicze ze wschodu zostawiły nasze miasto w ruinach. Biedni cywile cierpieli okropne męki. Smutne listy o stratach docierały do walczących oddziałów. Jedyną rzeczą, która zmuszała nas do walki, była myśl, że w żadnym wypadku nie wolno nam wpuścić bolszewizmu do Niemiec.
Takie były nastroje na początku tego nieszczęśliwego roku (1945). Panowała niepodzielnie okrutna zima z obfitymi opadami śniegu. Drogi były tak zaśnieżone, że przedostać się można było tylko jakimś wozem lub saniami.
Zastępca kierownika starostwa i burmistrz Küstrin (Kostrzyna, który do 1945 r. był w powiecie Königsberg) Körner zwołał 26 stycznia posiedzenie, w którym nie mogłem uczestniczyć, gdyż utknąłem w zaspie koło dworca w Jädickendorfie (Godkowie). Burmistrz Chojny Flöter nie przyjechał w ogóle, tłumacząc się napiętą sytuacją w mieście. W samochodzie byli ze mną oberstudiendirektor Wahle i oberführer SA Otto. Zawróciliśmy do Chojny.

Pochód uciekinierów
Po drodze spotkaliśmy kolumny Wehrmachtu i sztab pułku, idące z powiatu Züllichau-Schwiebus (Sulechów-Świebodzin). Żołnierze mówili, że powiedziano im o rzekomym rozwiązaniu NSDAP. Już od wielu dni przez miasto przechodziły dziesiątki kolumn z uciekinierami, którym udało się uciec przed Rosjanami. Były to wypakowane po brzegi chłopskie wozy, na których siedziały kobiety i dzieci otulone grubymi płaszczami i wełnianymi szalami. Były też różne przyczepy ciągnięte przez traktory, które jakoś zdobyły paliwo, nierzadko ktoś jechał konno wierzchem. Był to długi i żałosny pochód rozpaczy.
Ze swojego ogrzanego pokoju służbowego w starostwie (dzisiejszy budynek Straży Granicznej w Chojnie u zbiegu ul. Kościuszki i Jagiellońskiej) obserwowałem wozy ciągnięte przez okazałe pruskie konie. Powiaty Warthegau (Kraju Warty) były systematycznie opuszczane. Nasz miał za zadanie przyjąć ludzi z powiatów Hermannstadt (wcześniej Wągrowiec) i Leslau (Włocławek). Żal mi było tych uciekinierów, którzy czasami całymi godzinami czekali w wozach, gdyż zaspy blokowały drogę. Biedacy strasznie cierpieli na okrutnym mrozie. Nie zauważyłem żadnego pojazdu wojskowego udającego się w przeciwnym kierunku.
Burmistrz Flöter rozkazał na rogatkach miasta zorganizować punkty zaopatrzenia. Ludzie z lotniska przygotowali kuchnię polową, a i NSV (Nationalsozialistische Volkswohlfahrt, czyli Narodowosocjalistyczna Ludowa Opieka Społeczna) pracowała z oddaniem.
Także Pomorze już pustoszało i przygotowywało się na nadejście Rosjan.
Sytuacja militarna była następująca: oddziały sowieckie rozpoczęły 13.01.1945 r. ofensywę na dużą skalę od przyczółka mostowego (na Wiśle) w Baranowie. Front północny pod dowództwem gen. Schörnera trzymał się, lecz front środkowy załamał się. W niedługim czasie radzieckie czołgi pojawiły się na terenie powiatu Königsberg/Nm. 29.01 wszedł do mego służbowego pokoju podpułkownik Glöcken - komendant szkoły wojskowej w Meseritz (Międzyrzeczu), który wyjaśnił mi, że otrzymał rozkaz wycofać się do Schwerina w Meklemburgii. Poznałem tego podpułkownika podczas kursu dla dowódców batalionów szturmowych w listopadzie 1944. Na moje pytanie o sytuację na froncie odpowiedział, że nie jest chyba tak źle, skoro führer nie rozkazał ewakuować słynnej szkoły podchorążych w Metz. Przenocowałem go u siebie, a następnego dnia rano wyruszył ze swym elitarnym oddziałem do Meklemburgii.
Telefonicznie powiadomiono mnie z urzędu powiatowego w Kostrzynie o dużej wyrwie we wschodnim froncie i o tym, że niektóre oddziały już nie walczą. Ciągle też nadciągały kolumny uchodźców, które przejeżdżały przez Königsberg. "Z drogi, z drogi!" - nikt nie chciał wpaść w ręce Rosjan. Choć obowiązywał nas zakaz opuszczania miasta, byliśmy gotowi w razie niebezpieczeństwa ratować się pieszą ucieczką w kierunku mostów na Odrze w Schwedt.

Ewakuacja zabroniona
Burmistrz Flöter ogłosił siejący grozę raport, oparty na zeznaniach uciekinierów z Kraju Warty. Mówił, że polscy kolejarze zawieźli uciekających ze wschodu z powrotem prosto w ręce Rosjan. Mrozy stały się tak okrutne, że dzieci zamarzały w ramionach matek w otwartych wagonach. Zamarznięte dzieci wyrzucano podczas jazdy z pociągu, wskutek czego pola przy torach i nasypy zasłane były maleńkimi zwłokami.
Tym sposobem napięcie w Königsbergu narastało. Świadomość nadciągających Sowietów i myśl, że nie mamy już prawie żadnych oddziałów walczących tam na froncie oraz rygorystyczny zakaz opuszczania tego obszaru - to wszystko było ciężką próbą dla moich nerwów. Ludność okoliczna też nie miała lekko po tym, jak gauleiter i komisarz obrony Rzeszy Stürtz ogłosił przez radio ze swej kwatery głównej w Poczdamie: "Brandenburgia nie ewakuuje się, Kurmark nie ewakuuje się. Kto nie będzie przestrzegał tego rozkazu, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności", czyli rozstrzelany albo powieszony. Ten rozkaz przekazano mi w ostatniej rozmowie telefonicznej z przewodniczącym departamentu gospodarczego powiatu w Kostrzynie - Scheiderem, który sam niedługo potem razem z żoną popełnił samobójstwo w kostrzyńskiej twierdzy.
28 stycznia przyszedł do mnie burmistrz Flöter i czynił mi zarzuty z powodu pogłoski, że starosta chce uciekać. On sam miał już gotowy do drogi wóz na Nikolaistrasse (dziś ul. Łużycka). Mieszkańcy byli oburzeni. Nie mogłem go uspokoić i w końcu dałem temu spokój, a on wyjechał. Siedem dni później Flöter został powieszony w Schwedt za ucieczkę przed wrogiem.

Po tych tragicznych wydarzeniach po południu ostatni raz pojechałem w teren. Największe zaspy były rozgarnięte tak, żeby można było przejechać samochodem. Najpierw pojechałem do rodziny Badicke do Schönfeld (Sitna). Tam już wszystko było spakowane, a wozy stały gotowe do drogi. Walizy, kufry i skrzynie czekały na załadowanie. Wartościowe obrazy olejne wycięto z ram i zwinięto razem. Jeden z wozów został przygotowany specjalnie dla dzieci. Cały był udekorowany obrazkami.
Z Sitna na krótko pojechałem jeszcze do hrabiego Finkensteina w Trossin (Troszynie), aby opisać mu sytuację. Na końcu odwiedziłem mego przyjaciela Karla Erika Baartha - przewodniczącego Rady Powiatu. Do niego należały dobra szlacheckie w Voigtsdorfie (Kurzycku). Znalazłem go w jego ulubionym miejscu: pozbawionej telefonu leśniczówce, którą zarządzała rodzina Birr.
Tę ostatnią przejażdżkę po powiecie odbyłem z moim synem, który był akurat na urlopie. Mimo napiętej sytuacji udało nam się spędzić tam miły wieczór, lecz kiedy wracaliśmy przez zasypaną śniegiem okolicę, baliśmy się, że napotkamy jakiś rosyjski czołg.

Reuscher donosi później, że Baarth i rodzina Birr z córką wyruszyli następnego dnia, ale nad Odrą pewien volkssturmista powiadomił ich, że tam, dokąd zmierzają, są już Rosjanie. Kobiety wpadły na ryzykowny pomysł powrotu do Kurzycka, a następnego dnia do Güstebiese (Gozdowic), gdzie chcieli przedostać się przez zamarzniętą Odrę. Wpadli jednak w ręce Rosjan. Baarth i raniony podczas wojny (z amputowaną nogą) syn leśnika Birra zostali natychmiast rozstrzelani. Kobiety oszczędzono i zmuszano potem do pracy.

W Chojnie rósł niepokój. Co ostrożniejsi ludzie byli już spakowani i gotowi do wyjazdu. 30 stycznia, w rocznicę przejęcia władzy przez Hitlera, w radiu można było usłyszeć jego krótkie przemówienie.
Nasz dom był każdego wieczora pełen uciekinierów. Żona przygotowała im pościel i poduszki, rozłożyła je na podłodze, a potem zatroszczyła się o coś ciepłego do picia. Konie zabrałem do stajni. Między uciekinierami byli ludzie o szerokich twarzach, którzy ledwo znali niemiecki. Mieszkańcy Königsbergu narzekali - nie bez racji - że ci "zdobyczni Niemcy", jak ich nazwali, są prowadzeni w bezpieczne miejsce, a oni muszą tu wytrwać.
Wiele niekorzystnych okoliczności wystąpiło tego dnia. Ulice były zablokowane przez stojące wozy, ruch był niemożliwy z powodu wielkich zasp na poboczach. Wskutek mrozu i śniegu zerwane zostało połączenie telefoniczne i nie mogliśmy dostać tak wyczekiwanego rozkazu ewakuacji.

Nadal zakaz opuszczania miasta
I tak nadszedł dzień 31 stycznia 1945 roku - rozstrzygający dla powiatu Königsberg/Nm. Miasto nazywane marchijskim Rothenburgiem (malownicze miasteczko w Bawarii) spowił nastrój śmierci. W nocy nie miałem spokoju: cały czas telefon za telefonem. Przyszedł rozkaz, aby wszyscy rosyjscy jeńcy wojenni, którzy byli w dobrym stanie, wymaszerowali na zachód. Mieszkańców nadal obowiązywał zakaz opuszczania miasta. Co to szaleństwo miało znaczyć?
(Reuscher zastanawia się potem, kto jest odpowiedzialny za utrzymywanie zakazu ewakuacji, kto jest gotów oddać ich w ręce znanego z bestialstwa rosyjskiego żołdactwa. Dochodzi do wniosku, że rozkaz wyszedł od szefa kancelarii führera - Martina Bormanna.)

Jadące przez miasto kolumny z Bad Schönfliess (Trzcińska Zdroju) w kierunku Schwedt czy Bad Freienwalde stawały się coraz rzadsze, aż w końcu całkiem ustały. 30 albo 31 stycznia odwiedził mnie baron Manfred (zwany Manni) von Oelsen z Vietnitz (Witnicy Chojeńskiej). Omówiliśmy sytuację. Powiedziałem mu też, że chociaż oficjalnie mam pilnować przestrzegania zakazu opuszczania miasta, to jeśli ktoś będzie chciał wyjechać, nie stanę mu na przeszkodzie. Jako że obaj byliśmy pracownikami starostwa, telefonistki z centrali przyszły do nas ze słowami "Sto rosyjskich czołgów w Witnicy!". To był dla mnie sygnał, że nadszedł czas opuszczenia stanowiska. Razem z baronem odjechaliśmy bocznymi drogami, unikając głównej szosy.
(Następnie Reuscher opisuje dalsze losy barona. Jedno skrzydło pałacu w Witnicy zajmowali pilnowani przez niemieckich żołnierzy serbscy jeńcy, którzy mieli być zabrani na zachód. Po naszym spotkaniu baron wrócił tam i kiedy schodził w holu ze schodów, został zabity strzałem w tył głowy - najprawdopodobniej przez Serba. Ciało leżało trzy dni, zanim znalazła je żona i pochowała w parku. Jak pisał jego syn Peter von Oelsen, matka potem uciekła do pastora Otto w Gossow (Goszkowie). Witniczanie Rissmann, Schiewer i Kettner mogli go później pogrzebać w parku).

Kiedy wracałem do budynku starostwa, zobaczyłem oberstudiendirektora Wahle z żoną. Próbowali pieszo dostać się z sankami do Schwedt, ale z powodu zasp musieli zawrócić. Wahle i jego amerykańska żona poddali się swemu losowi i zostali w mieście. Jak wielu innych, został przymusowo wcielony do volkssturmu. Może ktoś go zadenuncjował, w każdym razie wkrótce gauleiter kazał go aresztować. Sprawą zajęło się gestapo, ale z powodu ataków lotniczych zabrano go do Templina. Kiedy w pierwszym tygodniu lutego tam pojechałem, okazało się, że Wahle został uwolniony. Niedługo potem wyjechał do Berlina, gdzie zmarł w 1948 r.

Wysadzamy lotnisko
Sytuacja w Königsbergu stawała się coraz bardziej krytyczna. Było niebezpieczeństwo, że czołgi z Witnicy mogą po drodze w kierunku Odry przyjechać do Königsbergu.
Z Soldin (Myśliborza) dowódca oddziału przeciwpancernego kapitan Zeise telefonicznie zameldował, że zetknął się z 8 sowieckimi czołgami. Jeden zniszczyli, ale pozostałe zniknęły w lesie. Meldunek ten przekazałem dalej do Bad Freienwalde. Dla wyjaśnienia sytuacji próbowałem skontaktować się z komendantem lotniska w Königsbergu. Po wielu nieskutecznych próbach zameldowali się u mnie znany mi pułkownik Gossner i major Rau, którego nie znałem. Obaj nie chcieli ze mną współpracować i próbowali się mnie pozbyć mówiąc, że nie są biurem informacji. Powiedziałem im, że nadal jestem starostą i że los naszego powiatu nadal mnie obchodzi. Obwieściłem także, że przyjadę do nich. Wsiadłem do samochodu i razem z synem pojechaliśmy na oddalone o ok. 4 km lotnisko. Tam zobaczyłem nieprawdopodobną sytuację: pospieszne przygotowania do ewakuacji całego lotniska, pakowanie biur, ładowanie na wozy maszyn do pisania itd. Jeden z adiutantów siedział w swoim biurze gotowy do podróży z teczką i płaszczem, czekając na rozkaz ucieczki. Dlaczego potrzebował on jeszcze "zdobyć ziemię, aby zobaczyć ojczyznę"? Przecież znajdował się w swojej ojczyźnie i jedynie trzeba jej było bronić. To było potworne widzieć nasz Wehrmacht w takich okolicznościach.
W końcu znalazłem pułkownika Gossnera pośród jego zdenerwowanych ludzi. W spokojnych czasach omawiałem z nim plan obrony miasta z przydzielonym mi batalionem volkssturmu "Königsberg". Mieliśmy zająć przygotowane już punkty obrony przy lotnisku.
W służbowym pokoju pułkownika wisiała duża mapa z dokładnie zaznaczonymi punktami obrony: "Wilhelmsberg" (Wilkoszyce) i "Hedwigsberg" (dziś ul. Owocowa). Ku mojemu zdziwieniu pułkownik oświadczył, że punkty są obsadzone i nic więcej powiedzieć nie może. Nowym komendantem był major Rau. Potem w korytarzu pospiesznie rozmawiałem jeszcze z generałem lotnictwa hrabią Fuggerem - przyjacielem ze studiów Manfreda von Oelsena z Witnicy (który właśnie w tym czasie dostał strzał w tył głowy). Fugger był wcześniej dowódcą oddziału lotników w Mińsku i wcześniej odwiedził mnie w biurze z prośbą o znalezienie kwatery. Podzielił się ze mną informacją, że Wehrmacht ma rozkaz wycofać się do mostów w Schwedt i tam przygotować linię obrony.
Poszedłem bez uprzedniego zameldowania do biura mjr. Raua, który akurat telefonicznie odbierał informacje o lokalizacji rosyjskich jednostek pancernych. Od dawna widzieliśmy wysoko unoszące się race, które sygnalizowały, że tu są rosyjskie czołgi. Powiedział mi o stu czołgach w Witnicy, a ja mu odpowiedziałem, że już o tym wiem.
Rau obwieścił: "Wysadzamy lotnisko". Ja na to: "Myślę, że tu będą toczyć się walki". On na to: "Nie, tu nie będzie walki, bez obaw, panie starosto, dziś w nocy lotnisko wylatuje w powietrze. Pomocniczy pas startowy w Mohrin (Moryniu) już został wysadzony".

Byłem oburzony, ale bezsilny i szybko się pożegnałem. Później słyszałem, że w Schwedt major Rau został postawiony przed polowym sądem wojennym. Zarzucono mu m.in., że zostawił na lotnisku amunicję i pancerfausty, które wpadły w ręce wroga. Porzucono także zatankowane do pełna samoloty, które mogłyby odlecieć. Były jeszcze dwa wagony pancerfaustów, które przyjechały kilka dni wcześniej. Poza tym znajdowało się tam mnóstwo najnowszej broni, z którą 1000 ludzi mogłoby się bronić, gdyby tylko chciało. Ale personel naziemny niechętnie walczył.

Brat Bormanna mówi "nie!"
Po tych bardzo smutnych ustaleniach wróciłem do miasta i na Rynku (dziś pl. Konstytucji 3 Maja) spotkałem burmistrza Kurta Flötera, który poprosił mnie, abym chwilę poczekał. Niedługo potem pojawił się obergruppenführer SA Bormann (brat szefa kancelarii Rzeszy Martina Bormanna - zastępcy Hitlera po tym jak Hess poleciał do Anglii). Martin wysłał swojego brata do Bad Schönfliess (Trzcińska Zdroju), aby uratować tajne dokumenty Rzeszy przed wpadnięciem w ręce Rosjan. Potem spotkał się z kilkoma dowódcami SS (Tourneau, Pett i inni). Bormann wyglądał bardzo poważnie.
Weszliśmy do ratusza. Flöter tłumaczył Bormannowi, że wydał swemu batalionowi volkssturmu (ja przejąłem potem dowodzenie nad Nadodrzańskim Batalionem z siedzibą w Bralitz/Bad Freienwalde) rozkaz przemarszu do Schwedt. Uzasadniał to tym, że Wehrmacht i jednostki z lotniska już się przeniosły za Odrę oraz że nie może żądać od swoich ludzi, którzy nie mają mundurów ani broni, by tu zostali. Przekazał już kobietom, dzieciom i starcom wezwanie do opuszczenia miasta. Również przybyły prosto z Dobberphul (Dobropola) administrator i zastępca dowódcy batalionu volkssturmu z Neudamm (Dębna) Richter (w mundurze pułkownika straży pożarnej) zameldował, że z powodu pojawienia się sowieckich czołgów pospiesznie udał się do Königsbergu po rozkaz wycofania się dla swoich ludzi. Poprosił Bormanna o pisemne zezwolenie. Stojący obok mnie Bormann po krótkim namyśle odparł: "Nie, to należy do obowiązków volkssturmu".

Strach przed "dzikim Azjatą"
Nie miałem tam już nic do omówienia i pojechałem do starostwa. Czekały tu na mnie kolejne hiobowe wieści. Rosyjskie czołgi w natarciu: sto w Witnicy, dalsze w Fürstenfelde (Boleszkowicach), sto następnych w Moryniu w marszu na Zäckerick (Siekierki), połączenie kolejowe z Kostrzynem przerwane w okolicy Neumühl (Namyślina), zawiadowca stacji zabity, Kozacy rozproszyli się w namyślińskich lasach, pierwszy rosyjski przyczółek mostowy w okolicy Hälse - Kalenzig - Kienitz (Porzecza - Kaleńska - Kienitz). Frontu już nie było, nędzne resztki naszych jednostek ściągały małymi grupkami, często bez broni. Wszyscy odjechali razem z ostatnimi uciekinierami 31.01.45 o czwartej rano pociągiem do Szczecina. W Zehden (Cedyni) pojawiły się pierwsze czołgi wroga, a wraz z nimi myśl, że Rosjanie dokonywać będą takich zbrodni jak w Nemmersdorfie: morderstwa, podpalenia, wywózki na wschód. (Nemmersdorf - dziś Majakowskoje w Obwodzie Kaliningradzkim - był pierwszą wioską zdobytą w październiku 1944 r. przez Rosjan w Prusach Wschodnich. To do dziś dla wielu Niemców symbol zbrodni, popełnionych przez Armię Czerwoną na ludności cywilnej. W Nemmersdorfie czerwonoarmiści okrutnie zgwałcili, torturowali i zabili ponad 70 kobiet i dzieci. Gwałcono nawet 8-letnie dziewczynki. Wydarzenia te odbiły się szerokim echem w Niemczech i spowodowały, że na początku 1945 r. wiele Niemek na wieść o zbliżających się Rosjanach popełniło samobójstwo - przypis redakcji "GCh".)

"Zwyciężymy, jeśli wytrzymamy, stojąc niezłomnie!" - nawoływała rozrzucana na tych terenach w lutym 1945 r. ulotka naczelnego dowództwa niemieckiego
Na zachodnim froncie ludność spokojnie poddawała się Amerykanom i Anglikom, ale tutaj nadchodził Rosjanin, Azjata, Mongoł ze stepu - nie jako rycerski przeciwnik, ale wytresowany przez władzę polityczny fanatyk pełen perwersyjnej brutalności.
Z tych wszystkich punktów widzenia pomysł wycofania nieuzbrojonego batalionu volkssturmu wydawał się zrozumiały. Wprawdzie w Königsbergu policja wydała nakaz ewakuacji (ogłoszony niestety tylko wewnątrz miasta), choć było to sprzeczne z rozkazem gauleitera, ale nie wszyscy mieszkańcy o tym wiedzieli.
Ja sam znalazłem się w diabelnie złej sytuacji. W sprawie swego wycofania szukałem ponownie pomocy u przewodniczącego okręgu Refarda we Frankfurcie nad Odrą. Chociaż dobitnie opisałem dramatyczną sytuację, w odpowiedzi usłyszałem: "Na Boga, obowiązuje zakaz opuszczania miasta! Zostanie pan rozstrzelany!".
W budynku starostwa z rozkazu pułkownika Passowa niszczono tajne dokumenty, a naczelnik poczty Patzke zameldował, że obecnie, stosownie do wskazówek, w obliczu zbliżającego się wroga przekazuje Wehrmachtowi centralę telefoniczną. Czułem się coraz bardziej osamotniony. Już się nawet nie zastanawiałem, czy mojej rodzinie uda się przedostać za Odrę.
Wyjaśniłem żonie: "Musicie natychmiast wyjeżdżać i w ciągu 10 minut być poza domem". Wszyscy byli przerażeni i natychmiast zaczęło się pospieszne pakowanie. Można było wziąć tylko tyle, ile dało się radę unieść. Mój szofer Wilcke czekał w samochodzie. Pani Krahmer - lekarka w piątym miesiącu ciąży - błagała, żeby ją też zabrać. Z tego powodu musieliśmy trochę rozładować samochód. Moja rosyjska pomoc domowa Zofia Smolarczuk ze łzami w oczach odrzuciła propozycję wyjazdu. Wolała zostać, a parę dni później została okrutnie zamordowana przez swych rodaków.
Syn wyjechał do swej baterii zapasowej we Frankfurcie nad Odrą. Moja rodzina była uratowana! Zostali jeden dzień w Bad Freienwalde, a potem pojechali do Berlina. Powiatowy kierowca Wilcke wkrótce zameldował się z powrotem.

Są już rosyjskie czołgi
Udałem się na stanowisko Nadodrzańskiego Batalionu Volkssturmu. Wysłałem swego adiutanta - starszego komornika Boldta do domu do Bralitz, żeby mi przygotował kwaterę u właściciela cegielni Dornbuscha. Potem wysłałem do Frankfurtu raport przekazany mi przez burmistrza Fürstenfelde (Boleszkowic) Benthina. Brzmiał on tak: 31 stycznia od strony Bärwalde (Mieszkowic) nadjechały 3-4 rosyjskie czołgi, zatrzymały się przy pierwszym gospodarstwie i rozbiły telefon. Potem Rosjanie pojechali pod ratusz, tam zaatakowali policyjnego urzędnika Behsego, przywiązali do pierwszego czołgu i kazali pokazać sobie najkrótszą drogę do Berlina. W Hälse (Porzeczu) zabrali starszemu już mężczyźnie pas, dystynkcje, pistolet i ze słowami: "Będą z was wszystkich dobrzy bolszewicy" kazali mu biec przy czołgu z ręką podniesioną w hitlerowskim pozdrowieniu.
Tak formował się przyczółek mostowy Küstrin (Kostrzyn)-Kienitz. Do raportu dołączyłem jeszcze wiadomość, że Rosjanie w Neumühl/Kutzdorf (Namyślinie/Gudziszu) potraktowali ludność przyjaźnie. Raport został wprawdzie przyjęty do wiadomości, jednak nie udzielono mi żadnych wskazówek.
Krótko przed rozmową z Frankfurtem, dwa rosyjskie czołgi (być może produkcji amerykańskiej) w szybkim tempie przejechały z pełnymi światłami przed moim domem w kierunku kościoła katolickiego, a potem skręciły w lewo i pojechały w kierunku Jädickendorfu (Godkowa). Wziąłem je za jeden z patroli oddziału z Witnicy.
(Ten opis nie jest pewny, gdyż żaden inny świadek nie widział wtedy tych czołgów.)

cdn ( za dużo na jednego posta )

Ostatnio edytowany przez Pirulo (2008-06-19 12:50:27)

Offline

 

#2 2008-06-19 12:55:37

Pirulo
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 974
płeć: boy
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania: różne

Re: Jak Königsberg stawał się Chojną

Cdn
Burmistrz uciekł z miasta
W nocy z 31.01 na 1.02.1945 r. pojawił się u mnie powiatowy inspektor Ohmert, prosząc o samochód dla rodziny. Użyczyłem mu samochodu Czerwonego Krzyża, który kursował wahadłowo między Königsbergiem i Schwedt. Nocą paliłem w kotłowni różne ważne dokumenty.
Wczesnym rankiem 1 lutego posłaniec z chojeńskiego urzędu pocztowego przyniósł mi wiadomość, że telefonować można tylko na terenie miasta. Tym sposobem nawiązałem kontakt z redaktorem "Königsberger Zeitung" Elsnerem, który wiernie, odważnie i spokojnie pełnił służbę w ratuszu przy telefonie jako "strażnik miejski". Powiedział mi, że burmistrz Flöter i policja "zwiali" z miasta. Ok. 10 pojechałem na rynek. Tam natknąłem się na dużą grupę ludzi. Wszyscy byli oburzeni, że burmistrz i jego policja opuścili miasto. To wyglądało jak rewolucja. "Kapitan powinien tonąć ze swoim statkiem, a nie uciekać w popłochu do Schwedt!" - słyszałem. Kobiety zażądały, żeby sprzedawcy nie zamykali sklepów i nie żądali tylko marek.
W ratuszu zarządziłem to, co należało do burmistrza: otworzyłem kasę, ustanowiłem odpowiedzialnych za rozdział żywności, transport, grzebanie zmarłych, opiekę nad chorymi i na koniec mianowałem redaktora Elsnera burmistrzem komisarycznym. Elsner przyjął tę funkcję.
Na stołach w ratuszu nadal leżała jeszcze broń i amunicja, którą zrzuciłem na podłogę. Zażądałem, aby ludzie opuścili miasto, ale znaleźli się tacy (także przeciwnicy NSDAP), którzy nadal nie wierzyli, że ze strony Sowietów może czekać ich coś złego. "Aż taki zły to ten Rusek być nie może" - mówili jedni. - "Przyjmiemy ich tu dobrze i będziemy robić wszystko, co nam każą". Niektórzy zostali w domach, bo bali się głodu, który zaczął doskwierać na obszarze między Odrą a Łabą z powodu przeludnienia.
Pojawiło się kilka samochodów, które - mimo protestów ludności - próbowały wywozić produkty żywnościowe firmy C. A. Schmidt (własność Schulzego). Burmistrz Flöter wysłał wcześniej samochody po broń składowaną jeszcze w Vierraden. Niestety, dopiero później dowiedziałem się, że było też 10 tysięcy butelek koniaku, należących do Zrzeszenia Kupieckiego EDEKA.
Do swego mieszkania pojechałem z uczuciem, że udało mi się nieco uspokoić ludzi i zacząłem się pakować. Wartościowe srebrne przedmioty ukryłem pod klepkami podłogi, gdyż wciąż miałem trochę nadziei, że za dwa tygodnie będę mógł tu wrócić. Wziąłem jeszcze moją starą ulubioną strzelbę, parę sztuk amunicji i wszystko to zapakowałem do samochodu.

Zostawiam swe miasto po 24 latach
Potem wyjechałem. W mieście na Kaiserstrasse (dziś ul. Kościuszki) spotkałem rektora Wolfa, któremu powiedziałem, że dostałem rozkaz przejęcia dowództwa nad batalionem nad Odrą w rejonie Neuhagen/Bralitz. Nie powinien myśleć, że uciekam tak jak Flöter. Zapytałem, czy chce jechać ze mną. Odpowiedział, że zostaje.
I tak oto w smutku i rozpaczy opuszczałem Königsberg, w którym żyłem i pracowałem 24 lata. Miasto wyglądało na całkowicie wymarłe, ulice były puste, panował nastrój końca świata. Współpracownicy starostwa rozrzuceni byli nie wiadomo gdzie. Część wyjechała 1 lutego o 4 rano ostatnim pociągiem do Szczecina, część jeszcze gdzieś się tu ukrywała.
Na Hermann-Göring-Strasse (dziś Jagiełły) zabrałem ze sobą ciotkę mojej sekretarki, wdowę po nauczycielu Hildebrandcie. Miałem zamiar udać się do Schwedt i tam porozmawiać z Flöterem o sytuacji w mieście. Następnie chciałem wrócić do Königsbergu, aby zająć się uspokajaniem mieszkańców. Po drodze wyprzedziłem jeszcze parę kolumn uciekinierów. W Niederkränig (Krajniku Dolnym) spotkałem znów powiatowych żandarmów, kapitana Voigta, porucznika Brodhagen i Retzlaffa. Wyraziłem zdziwienie, że bez mojego rozkazu wycofali się aż tu, na granicę powiatu. Odpowiedzieli mi, że mieli zamiar udać się do gospody, ale dotarli tutaj. Kłopotliwe milczenie i odpowiedź: dostali rozkaz, żeby samodzielnie, bez względu na mnie jako starostę, połączyć się z ostatnimi walczącymi oddziałami. To kończyło sprawę i nie miałem prawa ich za to ganić. Zarzuciłem im tylko, że mogli mnie przynajmniej poinformować.
W następnych dniach udali się do Königsbergu, gdzie zaprowadzili porządek. Uspokoili awanturników politycznych i opanowali sytuację w kobiecym obozie koncentracyjnym przy lotnisku, który oswobodził się po wycofaniu się stamtąd Luftwaffe. Magazyn kuchenny lotniska, sklepy w mieście i magazyn na dworcu kolejowym zostały splądrowane przez więźniów. Zrozumiałe, że było to następstwem ich ciężkiej sytuacji, jednak sposób, w jaki plądrowali, był zły: obiema rękami grzebali w marmoladzie i maśle, a potem bezsensownie je rozrzucali.
Oczywiste jest, że kobiety chciały uchronić się przed agresją Sowietów. Kobiety z obozu pracowały na ostatek w pobliżu dróg w lesie mętnowskim przy plantowaniu lądowisk dla samolotów, które tam pozostały. W Niederkränig (Krajniku Dln.) zostawiliśmy jęczącą dziewczynę ze złamaną kością udową. Zanim zabraliśmy ją do Schwedt, by przekazać pielęgniarce, zostałem szczegółowo wypytany przez żandarmów.
Burmistrza Flötera nie znalazłem w Schwedt. Jego volkssturmistów zabrano do szkoły i okopywali przyczółek mostowy. Tam zostawiłem dla Flötera polecenie, by zatroszczył się o swoje miasto.

Ostatnie decyzje starosty
Samotnie pojechałem w kierunku Angermünde i Oderbergu. Po drodze, tak jak wcześniej, mijałem kolumny uchodźców. Pogoda raptownie się zmieniła i zaczęło gwałtownie tajać. Niespodziewanie w jakiejś miejscowości spotkałem jadącą wozem panią von Keudell z córką , panią von Wallenberg i siostrzenicą Rosi von Harling. Na koźle siedziała prywatna sekretarka nadleśniczego von Keudella - hrabina Platen. Udawali się w kierunku Meklemburgii. Pani von Keudell powiedziała mi, że jej mąż jest jeszcze po tamtej stronie Odry i próbuje zabrać ludzi ze swego majątku w Hohenlübbichow (Lubiechowie Górnym).

Tak więc wieczorem tego smutnego dnia 1 lutego 1945 roku przybyłem do Bralitz w powiecie Königsberg/Nm. Mój zastępca w batalionie - Dornbusch przyjął mnie w swym domu, gdzie z przerwami przebywaliśmy do kwietnia.
Następnego dnia zameldowałem się u starosty Bad Freienwalde - von Thaera, żeby przejąć mój batalion i zaopiekować się resztą powiatu. Ustanowiłem powiatową kasę oszczędności (kierownikiem był John), powiatowy urząd wyżywienia (kierownik Behrens z Lubuskiego Związku Agrarnego). W starostwie w Bad Freienwalde otrzymałem niezbędne pomieszczenia. Następnie zająłem się organizowaniem broni dla batalionu. Moją żandarmerię i chojeńską policję ściągnąłem w całości do Bralitz.
Późnym wieczorem podjechałem do mostu przy Hohenwutzen. Tam w oberży Tharun miał siedzibę kapitan Möller jako komendant bojowy. Opowiedział mi, że kierownik NSV (Narodowosocjalistycznej Ludowej Opieki Społecznej) - nauczyciel Z. z Niederwutzen (Osinowa Dolnego) zdenerwował się, że kobiety ze starostwa 31 stycznia wieczorem przeszły przez most.

Pożegnanie z miastem
Następną noc (z 2 na 3.02.45) poświęciłem na wypad w kierunku Königsbergu. Po drodze w fabryce celulozy wziąłem jako sanitariusza Jakubka z Königsbergu. Jego pistolet maszynowy był naszą jedyną bronią. Ruszyliśmy w kierunku Zehden (Cedyni). Na rozjeździe we Wrechow (Orzechowie) stał posterunek. Podobnie jak i w Cedyni, było tu spokojnie.
W Klein Mantel (Mętnie Małym) chwilę rozmawiałem z właścicielem majątku von Saldernem - starostą powiatu Soldin (Myślibórz), który odmówił opuszczenia swych dóbr. Został, ale swojej rodzinie pozwolił wyjechać za Odrę. Bez przeszkód dojechaliśmy do Königsbergu.
(Mijając płonące lotnisko Reuscher i Jakubek ciemną nocą docierają do wolnego jeszcze od wroga miasta - przypis K. Speera)
Zatrzymałem się przed ratuszem. Elsner, wyznaczony przeze mnie na komisarycznego burmistrza, był nadal na posterunku. Razem z nim rektor Kindel, przedsiębiorca przewozowy Zibell i rzeźnik Kastner. Usiedliśmy przy jednej świeczce. Powiedzieli mi, że sowiecki wóz zwiadowczy lub motocyklista podjechał już pod starostwo, ale się wycofał. Rektor Kindel dla uspokojenia nerwów poczęstował mnie koniakiem
Po ulicach jeździły pojedyncze samochody Waffen-SS. Jakubek poszedł do domu swych rodziców na Schwedter Str. (dziś ulice Młyńska i Basztowa). Ja razem z rektorem Wolfem pojechałem do mego mieszkania służbowego na Kaiserstr. 11 (ul. Kościuszki). Nikogo nie było w domu. Zapakowałem jeszcze trochę ubrań i pojechałem do oddalonego o 300 m mego majątku rodzinnego. Tam trafiłem na panią Schulze i naszą rosyjską pomoc domową. Szarym świtem 3 lutego 1945 roku bez przeszkód wyjechaliśmy z Jakubkiem ponownie.

Następnego dnia, 4 lutego, Armia Czerwona zajęła Königsberg.


Druk zapisków z dziennika pastora ewangelicko-luterańskiego kościoła Mariackiego w Königsbergu F. Bliednera po zajęciu miasta przez Rosjan. Po raz pierwszy (w języku niemieckim) opublikowano je w Kreiskalender für den Kreis Königsberg/Nm. na 1961 r. Jest to część dokumentacji, zebranej przez byłego mieszkańca miasta - Kurta Speera.

28.01.1945. Coraz więcej uciekinierów ze wschodu. Wiele kolumn już się przewinęło. Wszyscy w opłakanym stanie, głównie wskutek zimna i śniegu. Coraz więcej mieszkańców opuszcza Königsberg. Władze uspokajają.
29.01.1945. Trzy córki i czwórka wnuków uciekła do Rörchen (Rurki) do rodziny Moderow, która była jednak w równie kiepskim położeniu.
30/31.01.1945. Na lotnisku wysadzono wiele budynków, zniszczono też kabel wysokiego napięcia. W mieście nie ma światła i niedługo nie będzie też wody.
1.02.1945. Siostra Anna-Martha jest u nas, również superintendent Golling przybywa do nas z rodziną do klasztoru (dziś plebania kościoła św. Trójcy).
2.02.1945. W Rörchen szykuję kwaterę dla mojej żony, która przybywa tam nazajutrz. Władze nadal uspokajają tych, którzy jeszcze pozostali.
4.02.1945 (niedziela). Przed południem pieszo do Hansebergu (Krzymowa). Miejscowość jest prawie całkowicie opuszczona. Po południu około wpół do czwartej przybywają Rosjanie. Superintendent Golling był - tak jak i ja - przed południem w drodze. Wracając drogami okrężnymi, w końcu do nas dotarł. Rosjanie zostali zatrzymani przez małą grupę SS i volkssturm z Hamburga. Jednak ciężkozbrojne i przeważające liczebnie oddziały wroga, mimo straty dwóch czołgów (Skorzeny twierdził, że 11!) zdobyły przewagę.

Od redakcji "GCh": Otto Skorzeny - ober-sturmbannführer (podpułkownik) SS, dowódca doborowego oddziału komandosów, który we wrześniu 1943 r. we Włoszech odbił aresztowanego niedawno Mussoliniego. Potem Skorzeny planował porwać w Jugosławii Titę, a także podobno podczas konferencji w Teheranie zabić Roosevelta, Churchilla i Stalina. W drugiej połowie 1944 r. podczas niemieckiej kontrofensywy w Ardenach jego brygada pancerna wywołała sporo zamieszania, gdyż żołnierze walczyli w mundurach amerykańskich, dezorientując przeciwników. Głównym celem było zajęcie trzech ważnych mostów na Mozie. W lutym 1945 r. Skorzeny dowodził sformowaną przez siebie dywizją "Schwedt", złożoną z żołnierzy aż 12 narodowości. Broniła ona przyczółka mostowego Schwedt/Niederkränig (Krajnik Dolny), tworząc silne punkty oporu w Chojnie i okolicy (zwłaszcza w Grabowie). Skorzeny zmarł w 1975 r. w Madrycie.

Wraz z walkami rozprzestrzeniają się pożary. Najpierw dom Klemzów na rogu König- i Schwedterstr. (dziś róg ul. Chrobrego i Basztowej) i rząd budynków przed Bramą Barnkowską (radcy sprawiedliwości Günthera i innych, wkrótce potem Gypsera). Radca Günther przyszedł do mnie w nocy z żoną i chorym synem (cała trójka później w smutny sposób zginęła, wkrótce po tym, jak 12 lutego Günther obchodził u nas swe urodziny).
Miasto płonie
Zaraz po zajęciu miasta zaczęło się jego stopniowe podpalanie - rzekomo jako odpowiedź na napotkany opór, ale przecież Königsberg był otwartym i niebronionym miastem. W opuszczonym mieście wewnątrz murów stał jeszcze budynek superintendentury (siedziby superintendenta - zwierzchnika duchowieństwa protestanckiego na określonym terytorium) i kilka domów w pobliżu, kwartał ulic Klasztornej, Nonnengasse (Piekarska), sam klasztor (dziś kościół św. Trójcy), boczne uliczki Nikolaistr. (Łużyckiej), a poza tym mniej znaczące oficyny. Ocalały też mury obronne i bramy. Na zewnątrz murów (dworzec, Kaiserstr. - Kościuszki i okoliczne ulice, Stahlweg - Łyżwiarska itd.) zniszczeniu uległ szereg pojedynczych budynków. Także Bernickow (Barnkowo) odniosło wiele zniszczeń. Ratusz już niedługo miał paść ofiarą płomieni i ładunków wybuchowych.
16 lutego zaczął też płonąć dach naszego pięknego, starego kościoła Mariackiego. Ogromne wiązanie dachowe, które nie tak dawno olbrzymim kosztem zostało zaimpregnowane, załamało się, zniszczyło sklepienie i przewróciło niektóre filary. Miedziana blacha hełmu wieży zwisała wielkimi płatami. Kosztowne średniowieczne witraże jeszcze przed wypędzeniem zostały niemal bez szwanku spakowane w wiele skrzyń w piwnicy budynku superintendentury. Organy, ambona i inne niezliczone dzieła sztuki zostały zniszczone. Stała jeszcze fasada, a w piwnicach ocalały także księgi kościelne. Gdzie one dziś mogą być?
Każda próba gaszenia płomieni była surowo zabroniona. Sami musieliśmy przeżyć. Jak wspomina o tym dzisiaj tytuł jednej z relacji upadku naszego słynnego wschodniopruskiego miasta: "Widziałem konanie Königsbergu".

Aby przetrwać
Na parterze naszego klasztornego mieszkania, poza moim biurem, znajdowała się sala konfirmacyjna i pokój córek. Wkrótce musiał on być przekształcony w izbę chorych, w której nasza parafialna siostra Anna-Martha opiekowała się wieloma starszymi osobami. Sala konfirmacyjna coraz bardziej zapełniała się pogorzelcami. Nieszczęśnicy niewiele ze sobą przynieśli, gdyż nic nie byli w stanie ocalić ze swego dobytku. Prawie 40 osób znalazło tam schronienie na około tydzień czasu, głównie spędzając tam noce na twardych ławkach.
A wyżywienie? Tu i tam w piwnicach domów dało się jeszcze coś "zorganizować", jak to określił radca Günther. Z czasem to "organizowanie" nabierało coraz większego znaczenia. W chłodniach opuszczonej rzeźni Oberneyer znaleźliśmy nadające się jeszcze do jedzenia, choć już śmierdzące, ale niezbędne mięso. Natrafienie na kartofle zawsze było dużą sprawą. W istocie przez pięć miesięcy nie mieliśmy co jeść i przetrwaliśmy. Oczywiście było to życie z dnia na dzień. Żołądek buntował się. Szczególnie cierpiały niemowlęta i małe dzieci. Ale także doświadczyliśmy, że "im większa bieda, tym bliżej Boża pomoc".
Najgorsze było to, że Rosjanie też mieli dobre nosy, szczególnie jeśli chodzi o alkohol. W piwnicach ratusza i w różnych innych miejscach odkryli beczki i butelki z alkoholem. Po takim odkryciu nasze biedne kobiety i dziewczęta miały straszne przejścia z pijanymi.

Kobiety w opresji
Te wszystkie męki, które dotknęły naszych kobiet, sprawiły, że może po tygodniu poszedłem przez jeszcze płonące miasto do ówczesnego rosyjskiego komendanta. Jego kwatera znajdowała się w willi przy Stahlweg (Łyżwiarskiej) niedaleko Manteler Chaussee (ul. Odrzańska). Trzeba zaznaczyć, że w tym czasie nikt z nas nie wychodził na ulice z obawy przed zastrzeleniem.
Szczęśliwie udało mi się dojść. Na Schwedter Str. (dziś Młyńska i Basztowa) zawalił się właśnie front hotelu Krumnau.
A skutek? Po długim czekaniu pojawił się komendant, ofuknął mnie i wygonił. Następne próby wstawienia się za kobietami też nic nie dały. Mówił nam: "Nie możemy przecież postawić posterunku przy każdym domu!". Innym razem powiedział: "Przyprowadźcie nam tego sprawcę". Za trzecim razem dowiedziałem się, że rzekomo płacimy za to, co nasi żołnierze robili w Rosji. Ciągle człowiek słyszał: "Moją żonę, moje dzieci wy pif-paf! Teraz my pif-paf!".

Można by pomyśleć, że jak byli na kwaterze oficerowie, to ochrona była większa, jednak najczęściej było jeszcze gorzej!
cdn...

Ostatnio edytowany przez Pirulo (2008-06-19 12:58:14)

Offline

 

#3 2008-06-19 13:03:45

Pirulo
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 974
płeć: boy
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania: różne

Re: Jak Königsberg stawał się Chojną

Cdn


I jeszcze trzy spotkania z rosyjskimi oficerami. Jednego razu spotkałem żydowskiego oficera (lekarza?), który płynnie mówił po niemiecku. Wiedział, że jestem pastorem i z tego powodu mnie lubił. Ale kiedy wzbraniałem się przekląć Hitlera jako sprawcy całej nędzy i odpowiedziałem mu, że ptak nie kala własnego gniazda, on nie mógł tego zrozumieć i tylko kręcił głową.
Prawdopodobnie ten sam oficer kilka tygodni później, kiedy byliśmy już w Schönfliess (Trzcińsku), uratował mi życie. Któregoś dnia przed Wielkanocą pojechałem do nowej rakarni przy drodze do Blankenfelde (Brwic), gdzie odprawiłem świąteczną mszę dla ludzi z okolicy. Kiedy wracałem, samochód z rosyjskimi oficerami zajechał mi drogę. Zabrali mnie do kwatery głównej w Rohrbeck (Rosnowie). Tam długo czekałem, żeby się dowiedzieć, że zaraz będę rozstrzelany jako szpieg. Dalej czekałem, kiedy przyszedł jakiś oficer, spojrzał na mnie, powiedział: "My się przecież znamy!" i wszedł do środka. To był ów żydowski oficer. Chwilę potem wyszedł jeden i powiedział, że mam już iść do domu.
Inne spotkanie z rosyjskim oficerem miało bardziej zabawny charakter. Siedziałem z superintendentem w moim biurze na parterze. Nagle przez okno wszedł Rosjanin, który najwidoczniej czegoś chciał. I tak właśnie było: cierpiał strasznie na ból zębów, a kiedy przechodząc zobaczył pokój z półkami pełnymi książek, pomyślał, że tu na pewno mieszka lekarz. Chociaż nie mogliśmy mu pomóc, to jednak sobie z nim porozmawialiśmy, gdyż mówił trochę po niemiecku. Nauczył się naszego języka w akademii wojskowej. Wychodząc, zapytał się, czy mogę mu dać podręcznik "Opieka nad chorymi w czasie wojny", a potem powiedział: "W Niemczech wszystko kultura. W Rosji wszystko świństwo!".
Następne spotkanie z oficerem wyglądało tak: siedzieliśmy w moim pokoju z superintendentem, który właśnie pakował walizkę. Przechodzący oficer zobaczył ubrania, wbiegł, zdjął spodnie, założył jedna na drugą dwie pary znalezionych spodni i pobiegł z własnymi w ręce.

Chcę tutaj ogólnie coś napisać o Rosjanach i Polakach. Większość uważała nas za wrogów i rzadko traktowano nas przyjaźnie. Dla dzieci często byli życzliwi, szczególnie ci z oddziałów zaopatrzeniowych, zwłaszcza ojcowie rodzin. Bardzo odczuwalne były różnice występujące wewnątrz tej wielkiej mieszaniny narodów, które dziś tworzą potężne państwo. Najbardziej nieprzyjemni byli ci typu mongoloidalnego. Wśród starych, prawdziwych Rosjan było wielu dobrodusznych, jakich znaliśmy z dzieł wielkich rosyjskich poetów. Niestety, nawet i oni zmieniali się całkowicie, skoro tylko napili się alkoholu.
Towarzyszące wojskom kobiety z reguły były niemiłym zjawiskiem, szczególnie Polki. "Oto samice hien" - powiedział Schiller.

Przymusowa praca
Często, zwykle w Schönfliess, byłem odkomenderowany do pracy. Okresowo systematycznie wzywano mnie do pracy w polu czy ogrodzie, a czasem brano mnie z ulicy, abym robił to czy tamto w tej czy owej miejscowości. Za drugim razem dostałem bardzo mile widzianą zapłatę środkami spożywczymi, częściej jednak nic nie dostawałem.

Smutne przeżycia jednak przeważały. Jednym z najokropniejszych było to zanotowane 23 lutego. Po zniszczeniu jej domu, pani L., idąc do rodziny Plagen na Klosterstr. (Klasztornej), została napadnięta przez Rosjan. Jej mały syn został zabity, a nieco starsza córka tak stłuczona kolbami karabinów, że pół jej twarzy to były dosłownie zwisające płaty mięsa. Z pomocą siostry Anny-Marthy mogłem udzielić pierwszej pomocy - oczywiście niewystarczającej. Później rosyjscy lekarze więcej pomogli.
Przypis K. Speera: Ta zmaltretowana dziewczyna po raz pierwszy odważyła się wrócić na miejsce zbrodni w 1995 roku. Resztki zwłok małego chłopca zostały odkopane i pochowane pod małym, pozbawionym napisów kamieniem pamiątkowym w pobliżu miejsca pamięci na dawnym niemieckim cmentarzu (dziś to cmentarz komunalny przy ul. Odrzańskiej).

Pomiędzy innymi notatkami warto wspomnieć o jednej z dziewcząt przystępujących do bierzmowania, która pewnego dnia została zgwałcona przez Rosjan dziewięć razy!
Następnie umieszczam listę zmarłych, która niestety, nie jest kompletna, a możliwe też, że są w niej błędy wynikające z tego, że wtedy nie było możliwości sprawdzenia części zgonów. Tylko przy niektórych nazwiskach jest dopisek "śmierć naturalna". Poza rozstrzelaniami były jeszcze samobójstwa (następstwa gwałtów, plądrowania lub pod wpływem innego strasznego przeżycia).

A oto lista:

* Nikolaistr. (ul. Łużycka): Henschke z żoną i trzech innych zmarłych (samobójstwo)
* Hindenburgstr. (ul. Wilsona): Behnke z żoną i dzieckiem
* szpital Jerzego: pani von Specht (w następstwie ciężkich poparzeń)
* panna Wilsky (pchnięta nożem), Kickhöfel (zastrzelony), pani Wend, trzech innych zmarłych, Wolter i Rappuhn (zastrzeleni), Mittelstädt i Rupsch (zastrzeleni przy linii kolejowej), panna Lange
* Stahlweg (Łyżwiarska): pięciu zmarłych
* nauczyciel Sasse (zastrzelony na ulicy), Schröder (śmierć naturalna), Herzer (pochowany w ogrodzie), Polzin (Manteler Chaussee/Odrzańska)
* handlarz cygarami Schüler, Wobschall z żoną, nieznajomy z Nahausen (Nawodnej) - powieszony
* dwóch nieznanych zmarłych w podwórzu domu związkowego
* Albert Laube (24 lutego wskutek pobicia)
* małżeństwo Zillmer z córką (oboje leżeli długo na ulicy, a córkę znaleźliśmy później powieszoną)
* robotnik Schüler
* Klett (Nahauserweg/Wojska Polskiego)
* Nikolaistr. (Łużycka): dwóch Wolffów
* nieznany zmarły przy kościele
* zabici w wyniku zawalenia się piwnicy: Finck z żoną, pani Reichstein, panna Schubert
* na Vierradenstr. (Bałtyckiej) cztery kobiety: panna Wasserman, pani Triebensee, panna Teufel i jej matka (wszystkie zginęły wskutek brutalnych gwałtów)
* na Klosterstr. (Klasztornej): kościelny Beyer z żoną, rzeźnik Kastner z żoną i pracownikami, pani Hergt z dwójką dzieci, malarz Schulz
* małżeństwo Schmidt
* z Bernickow (Barnkowa): stary Arndt, rodzina Riecher (rodzice i córka), Emil Gabriel, Dumrath z żoną, rzeźnik Brauer, handlowiec Schulz (w firmie C. A. Schmidt), Ganschow, ogrodnik Kaul, mieszkaniec domu rodziny Linke, pani Maronde (śmierć naturalna), pan Leonhard (z Berlina, teść naszej córki Ilse, zastrzelony).

Część z tych zabitych pomagałem grzebać, większość gdzieś w ogrodach. Najwięcej pracy miał później pan Jahn. Niektóre ciała początkowo długo leżały na ulicach. Pani Ulrich (na Bismarckstr./Roosevelta) zmarła w piwnicy swego domu, kiedy jej podawałem kolację. Parę dni wcześniej, żeby pogrzebać ciało nieznajomego, musieliśmy wyciągać je przez okno.

Chowanie zmarłych nie było łatwe, zwłaszcza w początkowym okresie, a powodem był brak trumien. Wskutek zimy ziemia była wprawdzie twarda, ale za to mróz zatrzymywał rozkładanie się zwłok.

Następne regularne zapiski zaczynają się dopiero 21 lutego i są bardzo krótkie.

21.02.1945. Przybywają uciekinierzy z Uchtdorfu (Lisiego Pola): rodzina Zieltow (pastor) przekazują wiadomości od mojej rodziny.
22.02.1945. Panuje grypa. Sprzątamy. Wieczorem przybywają córki superintendenta tylko na jedną noc.
23.02.1945. Rodzina Lübke (jedno dziecko martwe, drugie na wpół martwe - patrz poprzedni odcinek). Nocą zostałem wyrzucony z łóżka przez Rosjan, którzy przywlekli ze sobą kobietę i potrzebowali łóżka. Strzelanina. Straszna noc.
24.02.1945. Pastor Zieltow wczoraj i dziś był u nas. Kolejne wiadomości od moich ze Steinwehr (Kamiennego Jazu).
25.02.1945. Wiele czasu poświęciliśmy na opiekę nad panią Lübke (patrz wcześniej). Dziecko opatrzone. Straszna noc z trzema oficerami na kwaterze, bardzo nieprzyjemnymi.
25.02.1945. Deszcz. Laube nie żyje (patrz lista zmarłych).
27.02.1945. W Bernickow. Na dworze cieplej.
28.02.1945. W Bernickow, Laube pogrzebany.
1.03.1945. Nora (moja żona) z dziećmi i wnukami nagle przybywają ze Steinwehr (Kamiennego Jazu).
2.03.1945. Bernickow - chrzest u Diescherów.
3.03.1945. Teraz już regularnie odprawiane są modły w salce katechetycznej, a częściowo obok w klasztorze. W szpitalu.
4.03.1945. Nabożeństwo o 11. Bardzo ciężka noc. Znowu bardzo zimno.
7.03.1945. Nabożeństwo pasyjne u Jobsta i w sali katechetycznej.
8.03.1945. Przywieziono rzeczy superintendenta.
10.03.1945. Dwa pogrzeby.
11.03.1945. Ewakuacja (mamy wyruszyć dalej na wschód).

Zatem do tego czasu mieszkaliśmy w Königsbergu. Do powyższych notatek niewiele już można dodać. Przygodni uciekinierzy z wiosek przechodzili przez miasto (25.02). Nie mogliśmy udzielić im schronienia, bo wszystkie ocalałe od pożaru budynki były już przepełnione. Nie wiadomo, gdzie oni trafili. O zachowaniu Rosjan pisałem już wcześniej. Późniejsze relacje pokazały, że stopniowo wprowadzano pewien porządek, dzięki któremu możliwe było także życie religijne.
Jak wychodziłem, to głównie po coś do jedzenia albo po opał, albo byłem w szpitalu Jerzego, by tam odrobinę pomóc.
Na początku niebezpiecznie było poruszać się jakimiś mniej widocznymi drogami. Potem było już łatwiej. 11 marca zaczęła się druga część historii, która trwała aż do powrotu do Königsbergu 8 maja. Mogliśmy pozostać tu do 23 czerwca, a potem nastąpiło ostateczne już wypędzenie.

30 lat po wojnie po raz pierwszy mieliśmy możliwość znów zobaczyć nasz rodzinny Königsberg. To była smutna podróż w przeszłość, jednak towarzyszyło jej dziwne radosne uczucie, że znów będziemy w domu. Myśli o ojczyźnie nie opuszczają mnie i często wspominam nasze miasteczko Königsberg w Nowej Marchii, w którym przez tyle lat żyliśmy w radości i szczęściu.
Jak to wszystko się potoczyło?
Chcę tu wyjaśnić, jak ja sama przeżyłam te dni, kiedy nasz Königsberg zamienił się w gruzy i popioły w wyniku pierwszego zetknięcia z Rosjanami.

Cofnijmy się do ostatnich dni stycznia 1945. Wielka ucieczka już trwała. Dzień i noc niekończące się konwoje wozów z wschodniopruskich miast, takich jak Marienburg (Malbork), Allenstein (Olsztyn) i innych. Często stawałam w oknie i przyglądałam się temu ponuremu sznurowi wozów, ciągnącemu przez ulice naszego miasta. Często były to całe wioski. Na wozy zapakowano ostatni posiadany przez tych ludzi dobytek, a na nim siedzieli owinięci w kołdry i pierzyny starcy i dzieci. Był to godny pożałowania widok.
Dla nas wszystkich jasne było, że wojna jest przegrana. Mój mąż od pięciu lat nie był w domu i został już uznany za zaginionego. Mieszkałam ze swoim czteroletnim synem sama. Rosyjski walec parowy napierał. Wiedzieliśmy o tym. Wszyscy żyliśmy w strachu. Co się stanie? Co powinniśmy zrobić?
Rząd twierdził, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa, a kiedy wozy będą ustawione na Rynku, będzie jeszcze wiele czasu na ucieczkę. Wszyscy byliśmy bardzo niespokojni. Niektórzy mieszkańcy pakowali się na wózki i opuszczali miasto. Któregoś dnia odjechał pociąg, ostatni z Königsbergu. Wielu ludzi szturmowało dworzec, żeby dostać się do tego po brzegi wypchanego pociągu i odjechać nim w bliżej nieokreśloną przyszłość.
Poszłam jeszcze raz na Rynek. Stały tam dwa gotowe do drogi wozy, tylko nie było nikogo, kto by je prowadził. Kto mógł, był już w bezpiecznym miejscu. Mnie nie pozostało nic innego, jak zostać. Zostały tylko kobiety z dziećmi i starzy ludzie. Mężczyźni byli przecież na wojnie. Nie mam pojęcia, ilu ludzi było w tym czasie w mieście.
Zamknęłyśmy się razem z trzema innymi kobietami w podobnym wieku i czwórką dzieci. Byłyśmy przygotowane spędzić kilka pierwszych tygodni w piwnicy. Ale wszystko potoczyło się całkiem inaczej.

Kolumny uciekinierów przejeżdżały dzień i noc. Nie ukazywała się już gazeta. Radio podało nam jeszcze, że Rosjanie walczą już w Landsbergu (Gorzowie), a potem umilkło na zawsze. Nie było prądu i wody. Takie czekanie na rozwój wydarzeń było straszne.
Miasto przestało żyć. Sklepy były zamknięte, a właściciele - ci, którzy mogli, już dawno wyjechali.
Zostałyśmy same: trzy kobiety z czwórką dzieci w wieku od pół do sześciu lat - zagubione i wystraszone. Siedziałyśmy w domu rodziny Techow na Hermann Göring Str. (Jagiełły). Zabrałyśmy tam wszystkie niezbędne rzeczy. W końcu zniknął niekończący się konwój uciekinierów. Ulice były opuszczone. Galopem przejechały jeszcze dwa rozpędzone wozy. Potem wszystko ucichło, było spokojnie i cicho jak przed burzą. Obserwowałyśmy ulicę przez okna, zastanawiając się, co się z nami stanie i czy powinnyśmy uciec wcześniej z miasta, korzystając z ciemności i mgły.
Wszyscy ci, którzy zostali, pochowali się jak my.

Niektórzy z mieszkańców nie znieśli napiętej sytuacji i odebrali sobie życie. Każdy był zdany tylko na siebie. Nie było już produktów spożywczych i każdy żywił się tym, co miał przy sobie.

4 lutego 1945 roku wszystko się zaczęło.
Przez okno zobaczyłam około 30 uzbrojonych niemieckich żołnierzy na rogu Himmelreich (ulica ta nie ma dzisiejszego odpowiednika) stojących i czekających. Wyglądali na doświadczonych, więc pomyślałam, że może rzeczywiście nas tu obronią. Nikt jednak nie wiedział, czy gdzieś w mieście są jeszcze gotowi do walki niemieccy żołnierze. Później słyszałyśmy, że podobno zaczaili się na wieży kościelnej. (przypis K. Speera: Są to tylko pogłoski niepotwierdzone przez żadnego naocznego świadka)
Moje przypuszczenia o zamiarze obrony potwierdził spalony sowiecki czołg na Wilhelmstr. (Mieszka I), a przez otwarte drzwi niedaleko widać było dużą część panzerfausta.
4 lutego późnym popołudniem przez Bramę Barnkowską wjechały do naszego miasta strzelające we wszystkie strony rosyjskie czołgi. Natychmiast uciekłyśmy do piwnicy. Siedziałyśmy w jednym rogu w ciemności, a dzieci drżały na dźwięk wystrzałów. Słychać było ogólną strzelaninę i wybuchy pocisków wystrzeliwanych przez czołgi.
Tak siedziałyśmy przez jakiś czas, a potem znowu wszystko się uspokoiło. Całą noc spędziłyśmy w piwnicy, zastanawiając się, gdzie są Rosjanie. Może tylko przejeżdżali tędy?
Rano 5 lutego jedna z nas poszła na górę ocenić sytuację. Po Rosjanach nie było śladu, a ulice były puste. Jednak domy przy Himmelreich już nie istniały. Wszystkie były spalone, a każdy dom po obu stronach Hermann Göring Str. nosił ślady kul i pocisków. Wyszłyśmy na razie do mieszkania na parterze.
Nie minęło wiele czasu, kiedy pierwszy raz spotkałyśmy Rosjan. Serce mi stanęło, kiedy zobaczyłam rosyjskich żołnierzy (jeden typu mongoloidalnego), stojących przede mną. Od tej chwili zaczął się dla nas czas okropnej męki, o którym nie chcę opowiadać.
Czołgi, które wjechały do miasta 4 lutego, były tylko forpocztą rosyjskiej armii. W następnych dniach do Königsbergu przybyła cała masa wojsk aprowizacyjnych i ku naszemu ubolewaniu usadowiła się tu na stałe. Dowiedziałyśmy się, że mimo ciężkich walk Rosjanom nie udało się przeprawić przez Odrę. Miasto pełne było rosyjskich żołnierzy, którzy dziko uganiali się za kobietami.
Nie spałyśmy całymi nocami i nie rozbierałyśmy się już. Cały czas czułyśmy strach i zagrożenie.
Rosjanie zaczęli podpalać domy. Drugiego dnia płonął też nasz dom. Każdej nocy płonęły domy. Trzask ognia brzmiał niesamowicie w ciszy nocy. Nie widziałam nikogo, kto by próbował gasić którykolwiek z budynków. Tak nasz śliczny, otoczony murami Königsberg zamienił się w kupę gruzów i popiołu. Tego widoku nigdy nie zapomnę. Nie było już możliwości pozostania w domu.
Schronienie znalazłyśmy w sali klasztoru. Byli tam już starsi ludzie i inne kobiety z dziećmi, które - tak jak my - nie chciały być same. Z tego miejsca szczególnie pamiętam naszą ówczesną pielęgniarkę gminną Rex, która z poświęceniem i miłością pomagała wszystkim starszym i potrzebującym. Ale nawet jej dotknęło nieszczęście z rąk żołdaków. To zaczęło falę gwałtów nie do opisania.
Źle było też, kiedy na początku Rosjanie plądrowali sklepy, znajdując tam alkohol. Upijali się i wtedy zaciągali do siebie kobiety. Nocami było coraz gorzej, w ogóle nie dawali nam spokoju. Na początku wszystkie dużo płakałyśmy, ale z czasem twardniałyśmy, brakowało już nam łez, ogarnęło nas uczucie monotonii i obojętności. Zamknęłyśmy się i żyłyśmy własnym życiem. Czym lub kim wtedy się stałyśmy?
W następnych dniach zebrali kobiety razem, by wykonywały rozmaite prace dla wojska. Mnie i wiele innych kobiet zabrali do kopania rowów strzeleckich na lotnisku. Była to dla nas niezwykle ciężka praca. Wartownik poganiał nas ciągle tym swoim "dawaj!". Niedaleko nas ustawiono działa, które miały z tej odległości ostrzeliwać Schwedt.
Cieszyłyśmy się bardzo, kiedy udało nam się dojść bez przeszkód do naszych rodaków do domu. Któregoś dnia, wydaje mi się, że było to na początku marca, kazano nam bez zwłoki opuścić miasto i udać się na wschód.
Pojechałyśmy do Bad Schönfliess (Trzcińska Zdroju) i mieszkałyśmy tam, podlegając najpierw Rosjanom, a potem Polakom, co wcale nie polepszyło naszego położenia. Tam doczekałam 8 maja 1945 roku - końca wojny.
Nigdy nie zapomnę fety zwycięzców: strzelali jak szaleni w powietrze, bawili się i świętowali.

Teraz każdy mógł się udać tam, gdzie chciał. Spakowana na wózki przebyłam pieszo 34 km do Soldin (Myśliborza), gdzie w domu moich rodziców znalazłam schronienie. Ale i to nie trwało długo. Pod koniec czerwca zostaliśmy wypędzeni z miasta. W ciągu godziny miasto opustoszało, a ludzi zebrano w centrum.
Potem całe miasto naraz wyruszyło. Tego widoku też nigdy nie zapomnę. Długi konwój ruszył w kierunku Odry. Jeszcze raz przeszliśmy przez Königsberg, a potem udaliśmy się w kierunku Zehden (Cedyni), aby na zawsze już opuścić naszą ojczyznę. Mogliśmy zobaczyć, jak straszne były zniszczenia w naszym rodzinnym miasteczku. Wewnątrz murów były tylko gruzy i popiół. Nasz piękny ratusz został najwidoczniej wysadzony w powietrze, bo ogromne kawały kamieni i gruzu leżały rozrzucone na Rynku.

To nie był jeszcze koniec naszych cierpień. Po tych zdarzeniach jeszcze wiele rzeczy miało miejsce, ale to jest już zupełnie inny rozdział.
cdn...

Fragmenty książki "Żelazna gwardia" Wenjamina Boryssowicza Mironowa, który brał udział w walkach od Wisły do Berlina jako dowódca 347. pułku ciężkich dział samobieżnych.

Do walk o Königsberg/Neumark wprowadzono nowe czołgi T-34 i działa samobieżne Su 122 lub 152. W owym czasie nie miały one godnego przeciwnika po niemieckiej stronie. Ciężkie działa kalibru 122 i 152 mm przebijały pancerz wieży i niszczyły niemieckie wozy bojowe. Działa samobieżne miały długość 9 m, szerokość 3 m i ważyły 40 ton. Potrafiły rozpędzić się do 40 km/h, a poza działem miały jeszcze karabin maszynowy kaliber 12,7 mm. Ale również one, jak i T-34 nie były w stanie wytrzymać trafienia pancerfaustem z bliskiej odległości.
Do walk o Königsberg/Nm znacznie wzmocniono 1. korpus zmechanizowany. Chociaż miasteczko było niewielkie, ze strategicznego punktu widzenia było niezmiernie ważne do obrony północno-wschodniej drogi do Berlina.
Atak na miasto rozpoczął się 4 lutego 1945 r. Rankiem niebo było burzliwe, padał deszcz na przemian ze śniegiem, grunt był niepewny, więc pojazdom z trudem przyszło pokonywać teren. Zorganizowałem sztab korpusu i zamierzałem przynieść topograficzne mapy terenu. Kiedy przybyłem, generał Kriwoszyn razem z dowódcami przygotował oddziały czołgów, dział samobieżnych, piechoty i artylerii do ataku.
- Po takim błocie pojedziemy góra 10 km na godzinę - oświadczył pewnie. Przede wszystkim artyleria przyprawiała go o ból głowy. Postanowiono, że brygada Chotimskiego i mój pułk zaatakują Königsberg od wschodu (Schönfliess/Trzcińsko), podczas gdy brygada Wainruba zaatakuje od północy (Uchtdorf/Lisie Pole).
W rezerwie pozostał jeden zmotoryzowany batalion strzelecki, który był częścią brygady generała Babajana. Chotimski i ja udaliśmy się na zachodnią krawędź lasu (przed Bernickow?), aby zapoznać się z terenem.
- Miasto jest łatwo dostępne, osiem dróg dojazdowych biegnie w jego kierunku. Wkrótce uderzymy przeciwnika frontalnie - mówił Chotimski. - Główne uderzenie poprowadzimy drogą Schönfliess - Bernickow - Königsberg.
Chotimski udał się na zwiad, z krzaków obserwował miasto i zanotował istotne fakty na mapie. Za rzeką (Röricke/Rurzyca) wznosiło się parę kilkupiętrowych budynków. Największy miał zakratowane okna, tam mieściło się więzienie (chodzi zapewne o budynek dzisiejszej Telekomunikacji przy ul. Bałtyckiej - red.). - Tędy pójdzie uderzenie Wainruba - powiedział Chotimski.
Łamałem sobie głowę, gdzie połączymy się z oddziałami Wainruba. Z walk o Moskwę pamiętałem, jak ciężko jest się połączyć z własnymi oddziałami, a już najbardziej w nocy.
- Moja propozycja jest następująca - oświadczył Chotimski. - Będziemy przeć w kierunku zachodniego krańca miasta tak długo, aż zajmiemy więzienie. Poinformuję Wainruba przez radio.
Wszystko zostało ustalone, więc się rozeszliśmy.

Zapach prochu nad Königsbergiem
Rozpoczęło się natarcie na Königsberg. Wystrzelono race. Chotimski podał przez radio, że jego strzelcy są gotowi do ataku. - Zapalić silniki - rozkazał Mussatow. Przy wsparciu ognia artyleryjskiego pierwsze działa samobieżne ruszyły w kierunku miasta. Jeden pojazdów zjechał z drogi i utknął w błocie. Był to jeden z wozów Greczina. Natychmiast połączyłem się z nim przez radio i powiadomiłem go o tym. - Zaraz tam pojadę i zaprowadzę porządek w szyku - odpowiedział. - To nie wchodzi w rachubę. Nie ruszajcie się ani na sto metrów".
Sacharkin rozkazał Odarczukowi ściągnąć działo ciągnikiem.

Wróg dziwnym trafem nie stawiał oporu. To sprawiło, że staliśmy się bardziej czujni. Uważaliśmy za prawdopodobne, że może chcieć wpuścić nas do pierwszych rowów, a potem otworzyć ogień z małej odległości. Ostrzegłem kompanię. Działa samobieżne zatrzymały się i oddały kilka strzałów. Natychmiast odpowiedziały niemieckie działa (dopisek Kurta Speera: nie udowodniono ich istnienia) i karabiny maszynowe. Przebyliśmy jeszcze jakieś 600 m kiedy zatrzymał nas ogień haubic i karabinów maszynowych. Wysłaliśmy żołnierzy z pistoletami maszynowymi, aby nas osłaniali.
- Chcesz tu stać do jutra? - usłyszałem, jak pyta Postnikow. - Myślisz, że mi to pasuje? - odpowiedział szef kompanii. - Musimy coś zdziałać. Co planuje Chotimski? - Zamierza przełożyć natarcie. Jak tylko zobaczymy czerwoną racę, mamy ruszać.
Murajow próbował poprowadzić kompanię do ataku, ale przeciwnik blokował ich ogniem z karabinów maszynowych. Na prawo od naszych żołnierzy pojawiła się czerwona raca. Postnikow uniósł pepeszę nad głowę i krzyknął: - Za ojczyznę! Do ataku - naprzód!
Żołnierze zbliżyli się do wroga z głośnym "huraaa". Znów odezwały się niemieckie karabiny maszynowe. Na prawym skrzydle ogień był tak ciężki, że żołnierze zmuszeni byli się wycofać. Lewe skrzydło nacierało dalej. Pierwsi żołnierze dobiegli do nasypu i zniknęli w okopach. - Nasi już są w okopach! - krzyknął Postnikow. - Wszyscy naprzód do tego miejsca!
Prawdziwa burza ognia trzymała atakujących nisko przy ziemi. Nagle wyskoczył sekretarz partyjny i z okrzykiem "huraaa" ruszył na okopy. Inni poszli za jego przykładem.
Niemieccy żołnierze mogli jedynie odpowiedzieć kilkoma pojedynczymi strzałami. Jeden strzelec upadł niedaleko Postnikowa. Ludmiła pospieszyła mu na pomoc, przykryła swoim płaszczem i pociągnęła do leja po granacie. W okopach toczyła się walka wręcz. Sekretarz partyjny wskoczył do okopu i zapadł się w lepką glinę. Natychmiast wystrzelił do niego ktoś z pistoletu, ale szczęśliwie kula nie trafiła celu. Brygada Chotimskiego wyruszyła już w kierunku miasta, a czołgi Wainruba zbliżyły się.

Dopisek Mironowa: Opis dotyczył walk w okopach w Bernickow (Barnkowie), w okolicy browaru i spichlerza zbożowego koło dworca kolejowego, gdzie umocniło się około 50 spadochroniarzy Waffen-SS.

                                                                                                                 Koniec

Ostatnio edytowany przez Pirulo (2008-06-19 13:12:10)

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
Host by: Hosting
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson



Założ : stronę za darmo