Ogłoszenie


Jeżeli chcesz zareklamować swoje usługi na forum poczytaj tu: Klik




#1 2008-07-20 11:14:26

Pirulo
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 974
płeć: boy
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania: różne

Historie z pogranicza

W tym wątku, przedstawię kilka historii niemieckich i polskich mieszkańców Naszych okolic, tuż po zakończeniu II wojny światowej:

Polacy i Niemcy Zielina spotkali się po latach


Niemcy nie chcieli stąd wyjeżdżać, Polacy tu przyjechać.

Spotkanie na progu wspólnego domu: - W tym domu się urodziłem - oznajmia z dumą Friedrich Mannigel. Ja też - odpowiada mu Stanisław Panas (z lewej), 60-latek, którego rodzice wprowadzili się tutaj po wojnie.

Po ponad 60 latach od zakończenia drugiej wojny światowej coraz więcej osób uświadamia sobie, że dramatyczna odmienność losów może łączyć oba narody.

Friedrich Wilhelm Mannigel przyjechał do Zielina koło Mieszkowic po raz trzeci. Od czasu, gdy był tu Sellin zmieniło się bardzo wiele.  Poruszający się z trudem o lasce 81-latek doskonale jednak przypomina sobie, gdzie przed wojną stała szkoła, gdzie była gospoda, gdzie kto mieszkał. Za każdym razem, gdy ogląda budynek, wydaje mu się znajomy, mężczyzna wyraźnie ożywia się.

- Moja rodzina była tu od zawsze, z dziada pradziada - opowiada Friedrich Mannigel. Gospodarstwo ojciec przekazywał zawsze najstarszemu synowi. I tak było przez całe pokolenia.

Chcieli wrócić
Powtarzalność losu przerwała dopiero wojna. Po jej zakończeniu 950 mieszkańców Sellina musiało opuścić rodzinną miejscowość.

Część Niemców przeniosła się tuż za Odrę, by w każdej chwili móc wrócić. Inni wyjechali transportem kilkaset kilometrów dalej, do Westfalii. Na ich miejsce przyjeżdżali Polacy. Powoli zajmowali domy, gospodarstwa. Podobnie jak Niemców, przez długi czas nie opuszczało ich poczucie tymczasowości sytuacji, a także miejsca, w którym się znaleźli. .

- Przywozili nas pociągiem do Mieszkowic, a stamtąd rozjeżdżaliśmy się po okolicy - wspomina Zofia Jarema, 78-letnia mieszkanka Zielina.  78-letnia mieszkanka Zielina. - Wioska była bardzo zniszczona.. Domy stały puste, tylko sześć rodzin tu mieszkało.  Wszyscy mówili, że my tylko tymczasowo tu jesteśmy, że zaraz będziemy wracać na Ukrainę, skąd przyjechaliśmy.

- Smutny był Zielin w 1945 - dodaje Genowefa Bilawska, także mieszkanka wioski. Niemcy stali na ulicy i płakali, a my razem z nimi. Baliśmy się wejść do ich domów. .

Wypędzili ich ze wschodu I Wypędzili Ze wschodu
Większość mieszkańców dzisiejszego Zielina pochodzi z okolic Lwowa.  Po 1945 roku stali się tam tak samo niechcianymi osobami, jak Niemcy na nowych terenach polskich.

- Banderowcy dwa razy na nas napadli i wymordowali część naszych - opowiada pani Genowefa.  My tu nie chcieliśmy przyjeżdżać.  Wypędzili nas Ukraińcy, wsadzili do pociągów i wywieźli jak bydło.

Przyjeżdżali, oglądali przyjeżdżali
Niewiele z pierwszych lat polskiego Zielina przypomina sobie Anna Drużga.. Do wioski przyjechała w 1946 roku, gdy miała 4 lata.Wcześniej mieszkała pod Lwowem. Jej ojciec dotarł do wioski z frontem, a ona po zakończeniu działań wojennych, dojechała tu z matką i braćmi.

Z Niemcami, którzy odwiedzali po wojnie swój dawny dom, kontakty utrzymywała od lat siedemdziesiątych.

- Przyjeżdżali do nas jeszcze przed stanem wojennym - opowiada. Ubierali moje dzieci, przywozili słodycze. . My im dawaliśmy miód, jajka, śmietanę. To, co wtedy mieliśmy. Raz nas nawet zaprosili do siebie, do Niemiec.

Wycieczka do NRD doszła  do skutku.

- Syn tej starej Niemki przyjechał po nas - wspomina pani Anna.Poobwozili nas wszędzie, zrobili zakupy i odwieźli do domu. Zaprosiliśmy ich potem na ślub córki. I POTEM Zaprosiliśmy na ślub córki. I przyjechali.  Kontakt urwał się w 2003 roku, gdy zmarła Niemka, co to tu mieszkała przed wojną.

Pani Anna nie raz była pytana, czy po tych wszystkich okrucieństwach, jakie przyniosła wywołana przez nazistów wojna, można żyć z Niemcami w zgodzie. Czy nie denerwuje ją, gdy Niemcy przyjeżdżają do Zielina i pokazują, co należało do nich.

- Nie mam żadnego urazu - mówi.  To była wojna. -- To była wojna. Nas też wywieźli. Ta Niemka, co tu mieszkała, opowiadała, że 20 lat mieszkała w Poznańskiem, potem 20 lat tutaj i 20 lat w Niemczech.Często powtarzała, że sami już nie wiedzą, gdzie jest "nasze”..

Polska inicjatywa
Spotkania dawnych niemieckich i obecnych polskich mieszkańców odbywają się na Pomorzu Zachodnim od kilku lat. Organizuje je Polsko-Niemieckie Towarzystwo Brandenburgii, przy współudziale miejscowych.

Czerwcowe spotkanie w Zielinie było jednak szczególne.  Po raz pierwszy inicjatywa wyszła ze strony polskich mieszkańców.

- Podobnych spotkań było już kilka, ale tym razem to Polacy poprosili nas o zorganizowanie takiego spotkania, a nie jak dotąd bywało dawni mieszkańcy niemieccy - mówi Elvira Profe-Mackiewicz, Niemka mieszkająca w Mieszkowicach, współorganizatorka spotkania. To mnie najbardziej ujęło

Dla młodych to też ważne
Mimo upływu dziesięcioleci, dawni mieszkańcy niemieckiego Sellina starają się nie tracić  ze sobą kontaktu. Od czternastu lat, raz w roku spotykają się w Niemczech.
Rdzennych mieszkańców jest wprawdzie coraz mniej, ale ci co pozostali, przywożą na spotkania swoje dzieci, a nie rzadko i wnuki.  Powojenne losy Polaków i Niemców przestają być bowiem tematem ważnym tylko dla najstarszego pokolenia. Także do Zielina wielu młodszych Niemców przywiodło zainteresowanie historią miejsc, z których pochodzą ich rodzice.  Jak sami przyznają, chęć odkrywania rodzinnej historii, rodzi się z wiekiem.

Ostatnio edytowany przez Pirulo (2008-07-20 11:46:52)

Offline

 

#2 2009-01-07 09:03:17

Pirulo
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 974
płeć: boy
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania: różne

Re: Historie z pogranicza

Ursula, Urszula

   

Płynie we mnie polska i niemiecka krew. Po wojnie ludzie krzyczeli: O! To ta Niemka! Staram się zrozumieć cierpienie jednych i drugich. Po obydwu stronach byli dobrzy i źli ludzie – mówi Urszula Berlioz, która urodziła się w Kłosowie, a po wojnie mieszkała w Klossow.

Ktoś powiedział mi, że to zwykła kobieta, która przeżyła niezwykłe życie. Zadzwoniłem do niej. – Tak, może rzeczywiście to pana zainteresuje – powiedziała. Spotkaliśmy się w jej starannie utrzymanym domu w Mieszkowicach, 5 km od Kłosowa, wsi, która przed wojną nazywała się Klossow. Zaparzyła herbatę. Zaczęła swą opowieść. Najpierw o ojcu…
Czas Maxa

Był koniec czerwca 1914 roku. Dzisiejszy Kłosów koło Mieszkowic liczył wówczas trzystu mieszkańców. Dopiero co serbski zamachowiec śmiertelnie ranił w Sarajewie arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Już tylko tygodnie dzieliły ludzkość od pierwszej wojny światowej. Chłopi w Klossow mieli jednak inne zmartwienie. W ciepłe wieczory spacerowali wzdłuż pól, badając czy kłosy twardnieją na słońcu. Nadchodziły żniwa. Do kuźni Berlitzów co rusz przyprowadzano konie. Musiały być podkute na zwózkę zboża z pola i orkę. Max spieszył się z robotą, żeby zdążyć do pierwszego koszenia. Miał wtedy dwadzieścia trzy lata.

- Sama kuźnia nie przynosiła wielkich zysków, dlatego prowadził z dziadkami niewielkie, przydomowe gospodarstwo - opowiada Urszula, córka Maxa, rocznik 1928. – Był jednak dobrym kowalem. Od dziecka pomagał dziadkowi w warsztacie. Gdy ten poczuł, że się starzeje, przekazał tacie wszystkie obowiązki.

Młody Berlitz krótko cieszył się ojcowizną. Jeszcze nie wszystko zboże zjechało do spichlerzy, a Niemcy otworzyły front na wschodzie. Odtąd życie Maxa nabrało tempa. Mobilizacja, przydział do kawalerii, wyjazd na wojnę, pierwsze zwycięstwa i klęski potęgowane przez rosyjską zimę. „Koniec jest bliski – donosił rodzicom w grudniu 1917 roku. – Ludzie umierają z ran i wychłodzenia. Nie mamy co jeść. Z braku innego pożywienia żywimy się ptakami i psami.”

Walki na wschodzie zakończył pokój z Rosją, podpisany trzeciego marca 1918 roku. Dowództwo niemieckie rozpoczęło ewakuację swoich żołnierzy na zachód. Max znalazł się wśród tych, którzy zostali w Rosji.

- Nie mógł gorzej trafić – kontynuuje Urszula. – Bolszewicy zaczęli polowanie na szpiegów i wrogów rewolucji. Obcokrajowcy, a zwłaszcza niedawni wrogowie, byli szczególnie podejrzani.

Terror rozgorzał na dobre. Przez kraj przetaczała się fala aresztowań. Max znalazł schronienie w żydowskiej kuźni na przedmieściach Odessy. Za skromną wypłatę, nocleg i wyżywienie pomagał gospodarzowi w prowadzeniu warsztatu.

- Co jakiś czas spotykał się z kolegami w tajnym punkcie kontaktowym – opowiada Urszula. – Zarobione pieniądze zbierali na kupno statku, którym chcieli wrócić do domu. W wielkiej konspiracji kupili starą łajbę, którą wyremontowali, a potem popłynęli do Hamburga. Po dopłynięciu do celu okazało się, że nie kursują pociągi.


Po powrocie do domu w Klossow na nowo zajął się kuźnią. Kuł podkowy, naprawiał narzędzia a w sobotnie popołudnia śpiewał w Związku Śpiewaków.
Czas Władzi

Władzia Godurkiewicz urodziła się w 1895 roku. Ojcowskie morgi w Szempinie koło Gniezna nie gwarantowały przyszłości ani jej, ani dwóm siostrom i bratu. Dlatego w 1913 roku zdecydowała się na wyjazd do Kurzycka. Pomogła jej w tym koleżanka. Wujek dziewczyny był ordynansem zarządcy miejscowych dóbr. Za jej namową wystarał się o pracę dla Władzi w domu swojego pryncypała. Ten dla wygody dał jej nowe imię. Odtąd Walji, szczupła i niebieskooka blondynka, gotowała, piekła i podawała do stołu w pańskim domu.

- Tęskniła za domem – opowiada Urszula. – We wsi pracowali inni Polacy, zarobkowi emigranci. Pomogli jej znieść rozłąkę. Poza tym zaprzyjaźniła się z Niemcami. Razem pracowali, jedli i bawili się.

Do 1945 roku wieś nazywała się Voigtsdorf. Od Klossow dzieliły ją dwa kilometry brukowanego traktu. W niedzielne popołudnia jej mieszkańcy i przybysze z Polski chodzili do Klossow na zabawy oraz koncerty śpiewaków. Gospoda starego Zemraua stawała się wtedy najludniejszym miejscem we wsi. Gdy nie było wolnych miejsc na Sali, ludzie słuchali występu śpiewaków, stojąc przy oknach. Tam Władzia poznała Maxa Berlitza.

- Był dobrze zbudowanym, postawnym mężczyzną – wspomina Urszula. - Oczarował mamę śpiewem i radosnym usposobieniem. Lubił się śmiać i dowcipkować. Dopiero później nadeszły czasy, gdy zagłębiał się w zadumę i smucił.

Po jednym z koncertów w sierpniu 1920 roku Max i Władzia pierwszy raz poszli na spacer. Dwa lata później w czerwcu pastor udzielił im ślubu w chojeńskim kościele.

- Ich związek nikogo nie dziwił – opowiada Urszula. – Polacy mieli dobrą opinię u gospodarzy. Wywiązywały się z tego przyjaźnie i związki. Moi rodzice nie byli pierwszym niemiecko – polskim małżeństwem w okolicy.

Po ślubie Władzia przeniosła się do Berlitzów. Chodziła na nabożeństwa w ewangelickim kościele i pomagała teściom w przydomowym gospodarstwie. Max unowocześnił kuźnię. Przyjął praktykanta i kupił tokarkę. Oprócz napraw zepsutych narzędzi zaczął wyrabiać kosy.

- Rodzice ciężko pracowali – opowiada Urszula. - Mimo to żyli bardzo skromnie. Tygodniowy zarobek ojca szybko tracił wartość. Rozkładał na stole pieniądze a mama wydzielała sumy na konkretne zakupy. Przez lata wielu rzeczy musieliśmy sobie odmawiać.

Po przegranej I wojnie światowej Niemcy pogrążyły się w kryzysie. Szalała inflacja, przybywało bezrobotnych. Rolnikom z Klossow także nie wiodło się najlepiej. Niektórzy stracili swoje gospodarstwa. Poszli na służbę do bogatszych sąsiadów. Za jedzenie, kąt do spania i niewielkie pieniądze uprawiali cudze grunty.

- Raz w miesiącu świętowali dzień wody – wspomina Urszula. - Gospodarz pozwalał im wtedy korzystać z niej za darmo, bez odliczania kwoty z zarobku. Bieda i brak perspektyw na przyszłość to jedyne określenia, które przychodzą mi na myśl w odniesieniu do tego okresu. Według danych statystycznych z 17 maja 1933 roku w marcowych wyborach do Reichstagu w powiecie chojeńskim na NSDAP głosowało pięćdziesiąt pięć procent uprawnionych. Trzy lata później w Klossow naziści rozparcelowali grunty należące do zadłużonego majątku. W pierwszej kolejności otrzymywali je ci, którzy stracili swoją ziemię podczas kryzysu.

- Poza tym dostali kredyty z wieloletnim terminem spłaty – wspomina Urszula. – Do tego konie, bydło, maszyny do młócenia, węgiel, meble i bony na odzież.

We wsi przybywało nowych gospodarstw. W 1939 roku liczyła już pięciuset czternastu mieszkańców. Niektórzy krytykowali poczynania nowej władzy.

- Stracili tanich robotników – tłumaczy Urszula. - Przestali, gdy wybuchła wojna i do wsi przybyli przymusowi robotnicy. Dodatkowo w gospodarstwach pracowały dziewczęta ze Służby Pracy.

Mieszkały w baraku na skraju wsi. Same córki inteligentów i artystów. Przyjeżdżały nawet z Wiednia. Były po maturze. Nim poszły na studia musiały oddać Rzeszy dwa lata fizycznej pracy. Poza tym armia dobrze i bez opóźnień płaciła za żywność dostarczaną w kontyngencie. To był argument na korzyść władzy. Inni nie przestali jej krytykować.

Max był w tej drugiej grupie. Nie wierzył w Tysiącletnią Rzeszę. Swoimi wątpliwościami dzielił się z klientami warsztatu.

- Mama miała o to do ojca pretensje – wspomina Urszula. – Bała się, że ktoś na niego doniesie i trafi do aresztu. Wreszcie przestał głośno wypowiadać swoje poglądy w towarzystwie obcych ludzi.
Czas Zygfryda

Rok po ślubie Berlitzowie doczekali się syna. Chłopiec otrzymał imię Zygfryd. Dorósł, poszedł do szkoły i terminował przy Maxie w kuźni. Wbrew rodzinnej tradycji nie chciał być kowalem. Skończył praktykę u ojca i zatrudnił się jako ślusarz na wojskowym lotnisku w Chojnie.

Gdy wybuchła wojna, poborowi z Klossow poszli na front. Max jako weteran nie dostał powołania. Zygfryd był jeszcze za młody, żeby służyć w armii.

- Pięknie wyglądali w mundurach - wspomina Urszula. – Uśmiechnięci i przystojni żegnali się z nami, jakby wyjeżdżali na wycieczkę. Prości, wiejscy chłopcy. Dla większości świat kończył się na najbliższej okolicy, żniwach, wykopkach i niedzielnej zabawie. Czy oni wiedzieli, czemu ma służyć ta wojna?

Gazety i plakaty rozwieszane we wsi donosiły o kolejnych zwycięstwach. Z nakazu władz wszędzie wywieszano flagi ze swastyką. Dwa lata później załamała się niemiecka ofensywa w Związku Radzieckim. Zamiast listów z frontu do Klossow coraz częściej docierały telegramy z informacją o śmierci. We wsi zapanował smutek.

– Koło kościoła rodziny poległych ustawiały krzyże – opowiada Urszula. – Tyle mogły zrobić dla swoich ojców, synów i braci. Kobiety stały nad nimi i płakały. Ten przejmujący widok utkwił mi w pamięci.

Rozpoczęła się kolejna mobilizacja. Tym razem nie ominęła Zygfryda. Dzień po otrzymaniu powołania miał się stawić w jednostce pancernej w Neuruppin.

- Przyszłam do domu ze szkoły i zastałam rozpacz – wspomina Urszula. – Ojciec siedział przy stole w kuchni. Milczał. Od początku nie wierzył w zwycięstwo w wojnie przeciw całemu światu. Teraz dotarło do niego, że władza, której nie akceptował, zabiera mu syna na pewną śmierć. Mama płakała.

Troskliwą ręką pakowała do plecaka Zygfryda chleb, kiełbasę, smalec i bieliznę.

Po szkoleniu w Neuruppin młody czołgista pojechał na front. „Nie zdawałem sobie sprawy, że ludzie żyją tu w takiej biedzie – pisał do rodziców na sześć tygodni przed śmiercią. – Pierwszy raz spotkałem nieco bogatszą rodzinę. Zakwaterowano nas w domu urzędnika. Spałem na normalnym łóżku pod kołdrą.”

Zygfryd poległ w walkach w Zagłębiu Donieckim 29 marca 1942 roku.

- To był szok – wspomina Urszula. - Rodzice nie dopuszczali do siebie myśli, że on nie wróci do domu. Płakaliśmy w trójkę. Na placu przy kościele przybył następny krzyż.

Szczegóły śmierci Zygfryda jego bliscy poznali dopiero po wojnie.

- Napisał do nas kolega z jego załogi – wspomina Urszula. – W swoim liście przedstawił przebieg zdarzeń. Najpierw ich czołgiem wstrząsnął wybuch. Po chwili maszyna zaczęła płonąć. Podczas próby wydostania się z czołgu mój brat został trafiony serią z karabinu maszynowego. Jego śmierć zmieniła nasze życie. Pogrążyliśmy się w żałobie.
Czas Uli

Zaczynał się październik 1943 roku. Kierownik szkoły podstawowej w Klossow ogłosił dwutygodniową przerwę w zajęciach. Zaczęły się wykopki. Zamiast na lekcje uczniowie szli na pola.

- Już wcześniej pomagaliśmy rodzinom żołnierzy przy żniwach – opowiada Urszula. - To był normalny, ludzki odruch. Władza rozumiała to nieco inaczej. Przez pracę i naukę mieliśmy stać się godnymi życia w Tysiącletniej Rzeszy.

Bez pytania o zdanie wciągano chłopców do Hitlerjugend a dziewczęta do Związku Dziewcząt Niemieckich. Od marca 1939 roku nabór do tych organizacji był obowiązkowy.

- Nie pamiętam, żeby podczas lekcji w szkole mówiono nam o wyższości Niemców nad innymi narodami – opowiada Urszula. – Za to dwa razy w tygodniu po południu spotykałyśmy się na nauce szycia, gotowania i szydełkowania. Latem pomagałyśmy przy żniwach i w organizacji dożynek. Zimą szyłyśmy kaftany i kapcie ze starych kapeluszy. Odmowa uczestniczenia w tych zajęciach nie wchodziła w rachubę. Nie warto było ryzykować, tym bardziej, że nadchodził koniec reżimu.

W nocy z 29 na 30 stycznia 1945 roku do domu Berlitzów zapukali piechurzy z Wehrmachtu.

- Głodni, brudni i zarośnięci, zupełnie niepodobni do tych, którzy parę lat temu szli na wojnę – relacjonuje Urszula. – Swoją jednostkę zgubili w rejonie Piły. Uciekali z zamiarem przedostania się na zachodni brzeg Odry. Poprosili tylko o coś do jedzenia i picia. Po posiłku pożegnali się i odeszli.

W południe następnego do Klossow weszli rosyjscy zwiadowcy.

- Stałam akurat przed domem i zobaczyłam jak na koniach wizytują okolicę – wspomina Urszula. – Po kilku godzinach nadeszły już całe oddziały. Trzech Rosjan zakwaterowano w naszym domu.

Max ukrył córkę w stodole i czuwał przez całą noc. O dziesiątej rano żołnierze zaczęli zabierać z domów mężczyzn zdolnych do pracy.

- Ojciec był wtedy w kuźni – opowiada Urszula. – Nim go zabrali, zdążył nam jeszcze powiedzieć „do widzenia”.

Max nie wrócił już do domu. Jego los jest nieznany tak, jak los innych mężczyzn, których z nim zabrano. Godzinę po ich odejściu wieś bombardowały niemieckie samoloty.

- Uciekłam z mamą i babcią do piwnicy sąsiadów – kontynuuje Urszula. – Jedna z bomb spadła na nasze podwórko. Wyleciały szyby w oknach. Po wszystkim wyszłyśmy nakarmić krowy. Po południu Rosjanie kazali nam się spakować i w ciągu godziny opuścić wieś.

Mieszkańcy Klossow zebrali się przed kościołem.

- Uformowaliśmy kolumnę ruszyliśmy w stronę lasu – relacjonuje Urszula. – Mieliśmy nadzieję, że niedługo Rosjanie pójdą za Odrę i wrócimy do domu. Kilka dni czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Nic się nie działo, a nam brakowało jedzenia. Dlatego poszliśmy do Mieszkowic.

Wyludnione miasteczko robiło przygnębiające wrażenie. W opustoszałych sklepach ktoś powybijał szyby wystaw i rozsypał towar na podłogę.

- Zbieraliśmy mannę z rozdartych worków i gotowaliśmy ją na wodzie – opowiada Urszula. - Tak przetrwaliśmy dwa tygodnie. Potem Rosjanie zabrali nas do podmiejskich gospodarstw. Tam doiliśmy krowy.

Minął kolejny tydzień i mieszkańcy Klossow ruszyli w pieszą podróż do Dębna.

- Pędzono nas w szaleńczym tempie – wspomina Urszula. - Co chwilę trzeba było schodzić z szosy, po której gnały wojskowe samochody. Schorowana babcia opadała z sił. Na postoju w Zielinie zorientowałyśmy się, że odłączyła się od kolumny. Szukałyśmy jej bezskutecznie. Później znajomi przynieśli nam wiadomość, że zmarła i pochowano ją w polu.

Nadeszła noc.

- A wraz z nią koszmar - opowiada Urszula. – We wsi było mnóstwo ludzi. Nocowali w domach, szopach i stodołach. Ukryłyśmy się z mamą i paroma kobietami na strychu domu koło kościoła. Pijani żołnierze siłą porywali dziewczęta. Gwałcili je, strzelali na wiwat, śpiewali.

Rano kolumna znów była na szosie.

- Przez Dębno dotarliśmy do Dolska – kontynuuje Urszula. - Wieś leżała już za linią frontu, dlatego dalej już nie szliśmy. Po zakwaterowaniu w budynkach dawnego majątku paśliśmy krowy. Litewscy folksdojcze podsłuchali rozmowę weterynarzy i ostrzegli nas, że mamy konwojować bydło do Rosji.

Wtedy podjęliśmy decyzję o ucieczce.

W nocy z 23 na 24 kwietnia mieszkańcy Klossow wymknęli się z Dolska. Bez dłuższych postojów przebyli prawie czterdzieści kilometrów. We wsi zastali puste domy. Żołnierze okradali je podczas ich nieobecności. Łupy wynieśli do bunkrów w lesie. Część ukryli w stodołach.

- Poszli na Berlin i można było ruszyć na poszukiwania swoich rzeczy – opowiada Urszula. – Czego w tych bunkrach nie było? Odzież, pościel, naczynia, sztućce, meble a nawet instrumenty muzyczne. Wszystko tak przemieszane, że trudno było znaleźć to, co kiedyś do nas należało. Mimo to udało nam się zdobyć sienniki, łóżka i pościel.

W beczce koło domu Władzia znalazła zapeklowane mięso, a w piwnicy kartofle. Na wieść, że polscy żołnierze szukają kucharki, od razu zaoferowała im swoje usługi. Pod koniec sierpnia do wsi przybył transport Polaków z Kresów Wschodnich. Zaczęli zajmować domy częściowo opuszczone przez ich niedawnych mieszkańców.

- W jednym kwaterowały nawet cztery rodziny – wspomina Urszula. - Kobiety w długich spódnicach suszyły chleb i powtarzały mamie, że długo tu nie zostaną.

W Klossow zamienionym na Kłosów urzędował już polski sołtys. Władzia służyła mu jako tłumacz w rozmowach z miejscowymi. Ci zaprzyjaźnili się z przybyszami. Spotykali się przy kartach i na potańcówkach.

- Ludzie nie wypominali sobie wojny – kontynuuje Urszula. – Dzieli się żywnością. Zimą dzieci przychodziły z kolęda także do niemieckich domów. Mama robiła na drutach swetry, czapki i szaliki. Sprzedawała je Polakom za żywność. Wiosną sadziłyśmy u nich kartofle. Czas mijał i coraz bardziej zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że oni tu zostaną.
Czas Urszuli i Bolesława

Do wybuchu wojny niemiecko – radzieckiej Bolesław mieszkał na Wileńszczyźnie. Ledwie odebrał świadectwo ukończenia gimnazjum, Niemcy wysłali go na przymusowe roboty. Tak trafił do pruskiego majątku w obwodzie kaliningradzkim. Zaprzyjaźnił się z jego właścicielem. Pomógł mu w przenosinach do Schwerina, gdy Wehrmacht w pośpiechu wycofywał się na zachód. Tam pryncypał zwolnił go z obowiązków, wyposażył w odzież i zwrócił wolność. Nim zdążył zastanowić się nad najbliższą przyszłością, aresztował go niemiecki patrol. Tym sposobem trafił do Szczecina. Na przedmieściach miasta kopał okopy i rowy przeciwpancerne. Zaplanował ucieczkę. W nocy odpruł z kurtki znaczek z literą P i zbiegł z kwatery pod nieuwagę strażnika. Front przesunął się na zachód. Bolesław zaczął szukać pracy i mieszkania. Szedł na południe, aż trafił do Kłosowa. Tam sołtys zatrudnił go do pilnowania poniemieckiego mienia.

- Poznaliśmy się jesienią 1946 roku – opowiada Urszula. – Wieś opuścili już ostatni Niemcy. Żegnałyśmy się z nimi i nie wiedziałyśmy, co mamy robić. Zostać, czy iść z nimi? Liczyłyśmy jeszcze na powrót ojca.

Bolesław był starszy od Urszuli o rok.

- Dobrze mówił po niemiecku, a ja nie znałam jeszcze polskiego – kontynuuje Urszula. – Często nas odwiedzał i pomagał w różnych pracach domowych. Koniec końców zakochaliśmy się w sobie.

W tym czasie rozpoczęła starania o polskie obywatelstwo. Otrzymała je we wrześniu 1947 roku. Pomogła jej w tym rodzina Władzi, która najpierw potwierdziła jej polskie pochodzenie.

- Ludzie rozmawiali z mamą po polsku, ale nie wierzyli, że jest Polką – opowiada Urszula. – Miała przez to problemy. W marcu milicja aresztowała ją pod zarzutem szpiegostwa. Po kilku dniach zwolniono ją dzięki interwencji człowieka, który kiedyś załatwił jej pracę w Kurzycku, a potem był tłumaczem na posterunku.

Nadeszło Boże Narodzenie. W drugi dzień świąt Urszula i Bolesław pobrali się w mieszkowickim kościele. Zamieszkali w rodzinnym domu panny młodej.

- Wspólnie z mamą prowadziliśmy niewielkie gospodarstwo – opowiada Urszula. – Trzy lata później przyszła na świat Bożenka. Zaczęto mówić o organizacji kołchozu. Wtedy podjęliśmy decyzję o przeprowadzce do Mieszkowic. Tam znaleźliśmy mieszkanie w kamienicy i pracę w mleczarni. W 1955 roku doczekaliśmy się Andrzeja. Żyliśmy szczęśliwie. Mój mąż był bardzo dobrym człowiekiem.

Bożena i Andrzej usamodzielnili się. Założyli rodziny i wyjechali z Mieszkowic. 27 maja 1983 roku Bolesław wybrał się do Szczecina. Chciał odwiedzić lekarza, a potem córkę. Nie zdążył. Zmarł na ulicy niedługo po wyjściu z pociągu. Miał sześćdziesiąt jeden lat.
Tu jest mi dobrze

- Wszyscy mnie opuścili, ale nie narzekam na samotność – mówi podczas naszego ostatniego spotkania. Po chwili do drzwi zapukała sąsiadka i wniosła na talerzu świeżą kaszankę. – Mam wielu znajomych w Polsce i w Niemczech. Ci ostatni chcieli mnie nawet wyswatać w RFN i pomóc w wyjeździe. Nie chciałam jednak więcej zmian w życiu. Tu jest mi dobrze.


Kiedyś zdarzały się incydenty. Ktoś w kolejce do sklepu mówił: „O! To ta Niemka!”

- Było mi przykro – kontynuuje Urszula. - Teraz rozumiem ten akt zawiści, bo wiem, co Niemcy zrobili Polakom podczas wojny. Wszyscy jednak ponieśliśmy tego konsekwencje. Moi rodzice stracili dorobek swojego życia. Ojciec zaginął bez wieści. To bolesne, ale najważniejsza jest zgoda, a nie rozliczenia. Poza tym płynie we mnie polska i niemiecka krew. Staram się zrozumieć cierpienie jednych i drugich, bo po obydwu stronach byli dobrzy i źli ludzie.

Czasem Urszula zagląda do Kłosowa w towarzystwie swoich koleżanek z dzieciństwa.

- Wspominamy dawne czasy, nasze zabawy i przygody – opowiada. – Nie wracamy pamięcią do tych najgorszych chwil z końca wojny. Staramy się przechować w pamięci to, co dobre i żyć teraźniejszością. Młodsze pokolenie rzadziej się tym interesuje. Mają swoje sprawy.

Prosi, żebym nie robił jej zdjęcia.

- Może ktoś mnie źle zrozumie – wyjaśnia swoją decyzję. – Nie chcę nikogo drażnić moim pochodzeniem. Przeszłość trzeba zostawić za sobą.

Gazeta Wyborcza, 3 stycznia 2005 ( autor -  Remigiusz Rzepczak )

Ostatnio edytowany przez Pirulo (2009-01-07 09:04:17)

Offline

 

#3 2010-02-04 15:08:20

mubarak
Gość

Re: Historie z pogranicza

Ze strony: http://www.transodra-online.net/de/node/3394

Istnieje opinia, że nasi zachodni sąsiedzi, rozważając skutki II wojny światowej, skupiają się głównie na własnych losach, rozpamiętując tragedię Niemców, którzy po 1945 roku musieli opuścić swe domy na terenach, które przeszły w ręce Polski. Pogląd ten staje się stopniowo coraz mniej aktualny i Niemcy dostrzegają również dramat milionów Polaków, którzy wcale nie w roli zwycięzców zasiedlali poniemieckie ziemie. Wielu Polaków nie miało wyjścia, gdyż opuszczenie Kresów Wschodnich było warunkiem uniknięcia śmierci lub wywózki na Sybir. W Niemczech znajomość tych faktów była przez powojenne dziesięciolecia bardzo słaba, a w NRD powojenne przesunięcia dziesiątków milionów ludzi (także Niemców) stanowiły temat tabu.
Jednym z symptomów zmian jest praca magisterska Ramony Zühlke ze Schwedt, napisana pod koniec 2007 r. w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu Poczdamskiego. Nosi tytuł "Przesiedlenie polskiej ludności wschodniej w 1945 roku na zachód Polski na przykładzie Mieszkowic (Pomorze Zachodnie)". Autorka przytacza historyczne uwarunkowania przesiedleń na dawne niemieckie obszary wschodnie oraz decyzje wielkich mocarstw, podjęte w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Potem, już na przykładzie konkretnego miasta, opisuje, jak Bärwalde stawało się Mieszkowicami, począwszy od pierwszych miesięcy, kiedy Polacy koegzystowali z nielicznymi pozostałymi tu Niemcami (m.in. Elwirą Profé i jej rodziną). Nowi polscy mieszkańcy tworzyli specyficzną społeczność, podzieloną na dwie grupy: jedna przyjechała z wsi Hnilcze, leżącej obecnie na Ukrainie, a przed wojną w powiecie podhajeckim, województwo tarnopolskie. Druga grupa trafiła tu z Nowogródczyzny (między dzisiejszą Litwą i Białorusią). R. Zühlke opisuje odrębność tradycji, kultur, obyczajów i kuchni obu środowisk, które zintegrowały się dopiero po latach. Poszukiwanie nowej tożsamości, przemieszane z tęsknotą do opuszczonych na Wschodzie domów stanowiło długi i trudny proces.
"Należę do pokolenia, które te zdarzenia zna tylko z opowieści i książek. Także w mojej rodzinie i wśród znajomych są świadkowie masowych transportów, polityki osiedleń i przesiedleń. Zadaję sobie pytanie, jak to możliwe, że po półwieczu ból jest jeszcze tak żywy, a tęsknota za utraconą małą ojczyzną tak wielka. Kolejne pokolenia stawiają pytania i chcą wiedzieć, skąd pochodzą ich dziadkowie. Przy okazji poszukują one swojej własnej tożsamości. Zaczęłam pytać, bo jest już tak mało tych, których pytać możemy" - napisała autorka. Owocem jej pytań jest praca magisterska, a jednym z największych jej walorów są przeprowadzone w pierwszej połowie 2007 roku wywiady z najstarszymi mieszkańcami Mieszkowic, którzy opowiadają o dramatycznych losach, jakie rzuciły ich w te strony. Rozmówcami Ramony Zühlke byli: Matylda Butrynowska, Kazimiera Piosik, Zofia Daniłowicz (teraz mieszkanka Szczecina), Jan Klementowski, Jan Adamczuk, Aleksander Butrynowski oraz Elwira i Fortunat Profé-Mackiewiczowie.

Przedstawiamy krótkie fragmenty tych wywiadów.

Jan Klementowski (w 2007 roku miał 80 lat): - Tam teraz jest Ukraina. Wieś nazywała się Hnilcze. Była bardzo duża, miała ok. 4000 mieszkańców. 810 numerów. Z tym, że było tam 2/3 Ukraińców, a 1/3 Polaków. Było też 110 Żydów. Przed wojną tam się żyło spokojnie, nie było nienawiści z tego powodu, że ty jesteś Polak, ty Ukrainiec, a ty Żyd. Wszyscy żyli ze sobą dobrze. Ukraińcy mieli później niż my Boże Narodzenie i Wielkanoc, bo według innego kalendarza. Zapraszali jedni drugich. Żenili się między sobą.
Matylda Butrynowska (92 lata): - Oj, bardzo rzadko. Tylko kilka rodzin było zmieszanych. Nas wygonili siekierami.
- Czy jak wyjeżdżali, to wiedzieli, że wszyscy jadą do Mieszkowic?
- A skąd! Ja i moja rodzina zapisaliśmy się do Lublina.
- Można było decydować, gdzie się chce jechać?
Aleksander Butrynowski (syn Matyldy): - Można się było gdzieś zapisać, ale wieźli i tak, gdzie chcieli. Oni byli wygnańcami także w tym sensie, że z nimi nie było co zrobić. Ich domów nie było, wioski nie było. Miejscowa ludność czyhała na ich życie. W Poczdamie 31 sierpnia 1945 r. postanowiono, że po Odrę będą tereny w administracji polskiej. A ich wyładowali już tutaj 19 sierpnia. Jeszcze w Poczdamie nic nie było podpisane i granice nie były ustalone. Gdy ich zaczęto wieźć, to naprawdę nie było wiadomo, gdzie. Stamtąd trzeba się ich było pozbyć. Wpisane mieli Katowice, ale tam nikt ich nie potrzebował i wieźli ich dalej. Jechali w nieznane.
JK: - Przywieźli nas na Śląsk koło Kędzierzyna. Wyładowali do lasu i zostawili. Koczowaliśmy w lesie 2 tygodnie. Powiedziano nam "Szukajcie sobie mieszkań". Była tam taka kolonia. Ojciec poszedł, a tam same kobiety i małe dzieci - Ślązacy. I ta Ślązaczka mówi do ojca: "I pan by nas stąd wygonił? Przecież my tu mieszkamy od setek lat! Rozmawiamy po polsku i dzieci mówią po polsku". Tato przyszedł i mówi: "Nie, tu nie chcę". Dwie czy trzy rodziny zostały w Koźlu. A reszta pojechała dalej. Na wagonie-platformie były nas 24 osoby. Bez dachu, burta miała pół metra wysokości. Młodszy brat był najmłodszym repatriantem, miał trzy miesiące. Spał pod wanną.
AB: - W Hnilczu Polaków było 800 do tysiąca. I tylko część z nich nie jechała w tym transporcie. I jeszcze Panowice. A więc ok. 1000 osób jechało.
MB: - To był ogromny transport, dużo wiosek. W wagonie była skrzynia z narzędziami taty z kuźni, bo tato był kowalem. To dzięki temu człowiekowi, któremu banderowcy zabili żonę i jeszcze brzuch rozpruli. Druga skrzynia była z mąką. I między tymi skrzyniami urządzono miejsce dla dzieci.
JK: - Jeszcze jest ta skrzynia w domu.
MB: - I tam siedziało moje dziecko. Na wierzchu były worki z sieczką, bo mieliśmy krowę.
AB: - Przyczyną wyjazdu było to, że tam nie było po co zostawać. Pozostanie tam to była utrata życia, dobytku, wszystkiego. Po prostu załadowano ich w pociąg i wyprawiono w całkowicie obcy świat. Pani Elwira Profé została wywieziona z dawnych Niemiec do Niemiec. A oni zostali wywiezieni stamtąd, gdzie wszystko stracili i przyjechali tutaj, gdzie to nie było ich. Można ich raczej porównać do tych, którzy jechali na Dziki Zachód i nie wiedzieli, gdzie wylądują. Że to były Mieszkowice - to przypadek. Wieźli ich ze Śląska, z południa. Wrocław był zniszczony, Kostrzyn strasznie zniszczony. Próbowano ich wysadzić w Gryfinie. Rosyjski komendant na kolanach prosił: "Wysiadajcie! Piękne miasto!". Ojciec Janka i inni rolnicy poszli, zobaczyli, że ziemia jest bardzo słaba, piach. Tam na Ukrainie mieli czarnoziem, ziemia sama rodziła, a tu do niczego. Poszli do miasta, tam domy poburzone, w piwnicach jeszcze trupy. I pytali: "A ta rzeka to co?". "Odra, granica". "O nie, my już na granicy żeśmy mieszkali i już nie chcemy więcej". Zbuntowali się i nie wysiedli z pociągu.
JK: - W Gryfinie dworzec spalony, domy spalone, w ogrodach trupy koni i ludzi, pełno much, jakaś słoma, zgniłe kartofle...
MB: - Kartofle śmierdziały, ale myśmy się cieszyli, bo były między nimi zdrowe. Wybieraliśmy i mieliśmy na ognisku co ugotować.
AB: - Gryfino jest przecież blisko Mieszkowic. Więc użyto podstępu i wieziono ich kilka dni okrężną drogą przez Pyrzyce, Myślibórz. W Gryfinie zostali Chodynieccy, w Myśliborzu Matkowscy. Ale największa grupa, kilkaset osób dojechała do Mieszkowic. Im się zdawało, że jadą daleko w Polskę. Stali w Kostrzynie i w końcu przywieźli ich do Mieszkowic. Większość rodzin z Hnilcza jest tu. Czemu zostali? Ojciec Janka był w Hnilczu sołtysem i rządził. I jeszcze Karol Sługocki. Byli to dwaj jakby liderzy tego transportu.
JK: - W rosyjskiej komendanturze miasta był Polak, nazywał się Wojewoda. I on namówił tatę. A rosyjski komendant miasta sprowokował, żeby tata został w Mieszkowicach, bo dał mu duże gospodarstwo.
AB: - Ten pociąg i tak dalej już nie jechał. A więc był to też trochę przymus. Ale - jak mama mówiła - to był dobry wybór. Kolej na miejscu, a w Hnilczu do kolei było 20 km. Dosyć dobra ziemia, a to wszystko przecież byli rolnicy. I miasto całe, niezniszczone.
- Kiedy to było?
- 19 sierpnia 1945 roku, niedziela.
- Czy byli tu już inni Polacy?
- Tak. Ci, którzy wracali zza Odry z Niemiec: z obozów koncentracyjnych, z robót przymusowych. Piechotą przechodzili most w Siekierkach albo w Osinowie. Komendantura wojskowa dalej ich nie puszczała, kazali im tu zostawać. Ale to było bardzo mało ludzi. Masowy przyjazd to są te dwa transporty: z Ukrainy i potem ten wileński, którym przyjechał Fortunat Mackiewicz. Oba transporty były mniej więcej w tym samym czasie. Ci się jeszcze rozładowywali, a tamtych już przywieziono na stację.
MB: - Z powrotem te pociągi odjeżdżały, wywożąc piękne meble, szafy, maszyny z fabryk.
AB: - Oni wysiadali, a Rosjanie do tych samych pociągów ładowali co cenniejsze rzeczy.
MB: - Spotykaliśmy całe transporty łóżek szpitalnych, rowerów... To wszystko szło na wschód.
JK: - W Osinowie była papiernia. Byłem tam jesienią 1945 roku. Żeby maszyny przenieść z pięter, to zrobiono taki drewniany pomost i po nim ściągano je na dół.
- Tutaj wszystkie domy były puste?
JK: - Kilka niemieckich rodzin było. Pamiętam taką rodzinę Kriolskich. Znałem całą czwórkę: syn Martin, Renata, trzecia nie pamiętam. Wywieźli ich w 1946.
AB: - Jedna z niemieckich rodzin mieszkała poza miastem - tam, gdzie skupowano len, jak się jechało na młyn. Została matka z córką, czekając na męża, który z wojny nie wrócił. Front przeszedł, a ona nic o nim nie wiedziała. Przyszło do niej nocą kilku Niemców i powiedzieli, że są jego kolegami z wojska i wiedzą, że on przeżył, więc czekamy na niego. Ona ich przechowywała w stodole, ale po pewnym czasie powiedzieli jej prawdę: mąż był razem z nimi i zginął. I tych trzech czy czterech Niemców popełniło samobójstwo w jej stodole. Ta kobieta zwariowała, oszalała. Chciała zabić siebie i córkę. Nie udało jej się, Polacy odebrali jej tę dziewczynkę i przyprowadzili do mojej mamy.
MB: - Ona najpierw przeniosła się tu niedaleko na tej ulicy. Ale ja miałam małe dziecko i ona do mnie przyszła i opiekowała się tym dzieckiem. Mieszkaliśmy jeszcze na plebanii.
- Ile miała lat?
- Koło 10. Nazywała się Wera. Czemu ja jej nazwiska nie zapamiętałam? Ona mojego też nie. Bardzo bym chciała wiedzieć, co się z nią dalej stało. Pewnego razu jej matka przyprowadziła ją do mnie, przynosi kosz z jej rzeczami i mówi do niej: "Masz być u tej pani". Dziewczynka była bardzo wystraszona. Matka ją chciała utopić. Dziewczynka bardzo się bała i mówiła, że u mnie zostanie. Matka wróciła do siebie i się powiesiła. Ta dziewczynka była u mnie chyba rok, do1946 roku. Jak Niemcy wyjeżdżali, to ona chciała jechać razem ze swoimi i wyjechała.
- Jak się Pani z nią porozumiewała?
- Ona trochę umiała po polsku....

 

Stopka forum

Powered by PunBB
Host by: Hosting
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson



Założ : stronę za darmo