Ogłoszenie


Jeżeli chcesz zareklamować swoje usługi na forum poczytaj tu: Klik




#1 2010-05-02 09:37:33

midbwoy
Dyskutant
Zarejestrowany: 2008-09-07
Posty: 2097
płeć: bwoy
wiek: mid
skąd: z podwórka
zainteresowania:

Sędziowska szkoła przetrwania

Artykuł opisujący sędziowskie przygody z niższych lig między innymi z naszej okolicy.


Chciałbyś uprawiać zawód z adrenaliną? Zajmij się kaskaderką, gaszeniem pożarów bądź tresurą dzikich zwierząt. Ale jest też inne wyjście - zostań sędzią piłkarskim. Pojedziesz na wieś, zostaniesz tam pobity, obrażony. Na pocieszenie co najwyżej wypłacą ci kilkadziesiąt złotych...
skomentuj


Sędziowie z Zachodniopomorskiego boją się jeździć do Grzybna, Widuchowej i Stołecznej. Ci z Podkarpacia dostają gęsiej skórki, gdy przychodzi im sędziować w Górze Matycznej, Woli Mieleckiej i Wielopolu. Na Podlasiu postrachem arbitrów są Piliki, gdzie przy boisku - ot, na wszelki wypadek - stoją wbite w ziemię widły. - Jak będziesz źle sędziował, to wyślemy cię na mecz do Jeleńca! - straszą z kolei panów z gwizdkiem działacze na Lubelszczyźnie. I nic więcej dodawać nie trzeba, bo w Jeleńcu kiedyś kibice przygotowali sędziemu stryczek...


Sprawdzian biegowy


Porysowane samochody, pobicia, a w najlepszym wypadku wyzwiska i opluwanie - takie atrakcje czekają tych, którzy jeżdżą prowadzić mecze w niższych ligach. Zjawisko nie jest nowe. Na przełomie lat 50. i 60. kibice Włókniarza Mirsk, grającego wówczas w odpowiedniku dzisiejszej trzeciej ligi, próbowali utopić sędziego. Nieszczęśnika uratowała interwencja Milicji Obywatelskiej. Funkcjonariusze MSW występowali też w odmiennej roli. Podczas meczu Dyskobolii do szatni wszedł oficer UB i groził arbitrowi pistoletem. Wiele się nie zmieniło. Może z wyjątkiem sposobów zastraszania arbitrów.


- Śmiało można powiedzieć, że sędziowanie na boiskach B-klasy czy okręgówki to prawdziwa szkoła przetrwania. Nie ma co, sporo ryzykujemy - twierdzi Dariusz Łukaszewski z Podkarpacia. On lekcję w takiej szkole, a przy okazji solidny sprawdzian... biegowy miał w maju tego roku we wsi o niewinnie brzmiącej nazwie Wiewiórka. Po meczu klasy B LZS Zasów-Mokre - LKS Bobrowa musiał uciekać co sił w nogach przed gromadą wściekłych kibiców. - Nerwowo zaczęło się robić już około 60. minuty meczu. Goście wygrywali 7:1, a przy linii bocznej kibice, którzy od początku meczu pili alkohol, zaczęli się bić między sobą.


W 80. minucie wyrzuciłem z boiska jednego z piłkarzy. Najpierw dałem mu żółtą kartkę za faul. Usłyszałem za to od niego: „Wsadź sobie tę kartkę w d...", więc nie miałem wyjścia - pokazałem drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną - opowiada arbiter. Mocno sobie tym zaszkodził, bo zawodnik po zejściu z murawy zaczął podburzać stojących przy boisku ludzi. - Pod koniec meczu było już bardzo gorąco, dlatego poprosiłem, by wezwać policję - mówi Łukaszewski, który słusznie przewidywał, że po spotkaniu może mieć kłopoty.


Nie pomylił się. Gdy zagwizdał po raz ostatni, grupka około trzydziestu wściekłych fanów zaczęła go otaczać. Łukaszewski zdany był sam na siebie. Policja? Nie zdążyłaby dojechać na czas, bo najbliższy posterunek był w Dębicy, czyli 12 kilometrów od Wiewiórki. Ochrona? Owszem, na stadionie była, ale część osób ze służb porządkowych... przyłączyła się do kibiców. - Zacząłem się cofać, bo byli coraz bliżej mnie. Zostawili jednak jeszcze lukę, no to ja w nogi - kontynuuje opowieść sędzia.



Kibice ruszyli w pogoń. Łukaszewski biegł najszybciej jak potrafi, ale kibice nie ustępowali w chęci wymierzenia mu sprawiedliwości. I aż strach pomyśleć, jak skończyłaby się ta historia, gdyby nie nagłe wybawienie - w pewnym momencie jedna z mieszkanek wsi otworzyła drzwi swojego domu i wpuściła wystraszonego sędziego. - Uratowała mnie. Odwdzięczyłem jej się później bukietem kwiatów. I załatwiłem, żeby drużyna LZS, która wynajmowała boisko w Wiewiórce, już nigdy nie mogła tu grać - mówi z satysfakcją Łukaszewski.


Arbiter nie żałuje, że pokazał w meczu czerwoną kartkę, doprowadzając tym samym do wściekłości grupkę chuliganów. - Mało tego, uważam, że dałem ją zbyt późno! Nie mam na to żadnych dowodów, ale myślę, że ten piłkarz pił, bo było od niego czuć alkohol - twierdzi.



Bufet na środku boiska


Alkohol to nieodłączny atrybut kibica w małej miejscowości (a w tym przypadku także piłkarzy) i główna przyczyna agresji wobec sędziów. - Ludzie mają tu swój niedzielny rytuał: o godzinie jedenastej idą na mszę, o trzynastej jedzą obiad, a o czternastej stawiają się na meczu. To dla nich jak święto - opowiada Łukaszewski. A przy święcie, wiadomo - trzeba się napić. Najpierw śpiewa się pieśni pochwalne na cześć swojej drużyny, później - wraz z wzrostem promili w organizmie - obrzuca się wyzwiskami rywali, a na końcu sędziego.


Kibicom nie wolno też przeszkadzać, nawet jeśli zaczynają popijać alkohol... na środku boiska. Pewien sędzia z Lubelszczyzny o tym, niestety, nie wiedział. Prowadził mecz w Dąbiu pięknego letniego dnia, kiedy pogoda sprzyjała biesiadowaniu. W przerwie meczu miejscowi kibice postanowili skorzystać ze słońca i rozstawili stolik (a na nim alkohol z zakąską) na środku boiska. Kiedy arbiter ośmielił się zwrócić im uwagę, zaczęto mu grozić, więc odpuścił i poczekał, aż spokojnie dopiją zawartość butelki.


Oblężenie szatni


Dąbie to w ogóle pechowe dla sędziów miejsce. Przekonali się o tym ci, którzy kilka lat temu prowadzili spotkanie LZS Dąbie - Jata Żdżary. Takie spotkanie to dla mieszkańców obu wsi (powiat łukowski) wielkie wydarzenie. - To takie lokalne derby, które wszystkich elektryzują - opowiada Zbigniew Wiącek, który wówczas był liniowym.


Mecz przebiegał spokojnie, na pięć minut przed końcem gospodarze prowadzili 3:1 i wydawało się, że nic specjalnego się już nie wydarzy. A tymczasem nieoczekiwanie goście doprowadzili do remisu, jednego z goli strzelając z rzutu karnego. Nagle więc wielka radość miejscowych kibiców przemieniła się we wściekłość. - Karny był jak najbardziej słuszny, bo obrońca w polu karnym ciągnął za koszulkę napastnika gości. Wiedziałem jednak, że kibiców to nie będzie interesowało.


Ja pochodzę właśnie z Dąbia, więc nic mi w zasadzie nie groziło, bo wszyscy mnie tam znali, ale wiedziałem, że i tak nie wolno nam zwlekać z zejściem z murawy. Powiedziałem sędziemu głównemu: „Lepiej stąd uciekajmy, bo może coś się dziać" - wspomina Wiącek. Ledwie skończył ostrzeżenie, a już zza pleców arbitra głównego wybiegł jeden z chuliganów i uderzył go w głowę. Za chwilę dobiegł kolejny i zaczął go szarpać. Wiącek dzięki temu, że był osobą znaną w Dąbiu, zdołał nieco załagodzić sytuację i arbitrzy dotarli do szatni. Ale wściekli fani tylko na chwilę się uspokoili. Stanęli pod budynkiem i zaczęli kopać w drzwi, odgrażając się, że sędziowie żywi stąd nie wyjadą.


- Siedzieliśmy tak dobrych kilkadziesiąt minut, nie wiedząc, co robić. W końcu wpadłem na pomysł - mówi Wiącek. Wyszedł do kibiców i oświadczył: „Panowie, ustaliliśmy, że jednak ta ostatnia bramka się nie liczy. Wasza drużyna wygrała 3:2". - Poskutkowało, bo po chwili wszyscy zadowoleni z derbowego zwycięstwa rozeszli się do domów. A my w protokole oczywiście i tak wpisaliśmy wynik 3:3 - dodaje sędzia.


Serdeczne pożegnanie


Po horrorze w Dąbiu arbiter główny tego meczu był tak wystraszony, że postanowił zrezygnować z sędziowania. Nie on jeden - gdy młodzi sędziowie zdadzą sobie sprawę, jaki chrzest bojowy muszą niejednokrotnie przejść na meczach w niższych ligach, wolą zająć się czymś innym. Bo jaka to przyjemność jechać na wieś, zostać tam wyzwanym bądź pobitym i dostać za to 60 czy 70 złotych?


- To jest olbrzymi problem. W ostatnich dwóch latach z sędziowania zrezygnowało aż dwa tysiące arbitrów! - mówi Rafał Rostkowski, sędzia asystent w ekstraklasie. - Egzamin w okręgu zdaje 30-40, a zostaje z tej grupy 6-7. Brak poczucia bezpieczeństwa to jedna z głównych przyczyn, że rezygnują - potwierdza prowadzący mecze ekstraklasy Tomasz Mikulski.


Brak sędziów oraz środków na ich opłacenie w małych klubikach sprawia, że mecze w niższych ligach niejednokrotnie muszą prowadzić w pojedynkę. To zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu, a co za tym idzie narażenia się kibicom. W momencie zagrożenia taki sędzia jest pozostawiony sam sobie, bo przeważnie nie może liczyć na pomoc służb porządkowych. Wówczas jedyną deską ratunku jest szatnia, w której arbiter może się zamknąć i przeczekać, aż chuligani zrezygnują z wymierzenia mu sprawiedliwości.


Gorzej, jeśli za szatnię służy... przystanek autobusowy lub po prostu samochód sędziego. Pecha ma też ten rozjemca, który przebierał się w... domu jednego z piłkarzy. Bo co się stanie, jeśli akurat właśnie temu zawodnikowi będzie trzeba pokazać czerwoną kartkę? - Ja miałem taką sytuację - opowiada Marek Frąckiel z Białegostoku.


To było na meczu LZS Minkowce z Orłem Kleszczele. - Pod koniec spotkania kapitan gospodarzy, właśnie właściciel tego domu, sfaulował rywala. Miałem świadomość, że ma już na koncie żółtą kartkę i muszę dać mu kolejną. Być może inny sędzia by odpuścił, ale ja postanowiłem, że będę konsekwentny. Pokazałem mu czerwoną kartkę, co doprowadziło go do furii. Wyrwał mi kartonik i porwał go. Następnie chciał mnie uderzyć, ale się uchyliłem. Ostatecznie zszedł z murawy i dokończyliśmy mecz.


Tyle że to był dopiero początek kłopotów, bo przecież musieliśmy wrócić do jego domu po swoje rzeczy! Na szczęście obyło się bez żadnych ekscesów. Usłyszeliśmy tylko na odchodne: „wypier... mi stąd!" - wspomina Frąckiel.


Żywy stąd nie wyjdziesz


Z kapitanami drużyn, jak widać, są kłopoty. Czasem uważają, że skoro mają opaskę, to wolno im więcej. Bywa też tak, że zamiast uspokajać, podburzają kibiców. Wie coś na ten temat sędzia Jarosław Maliszewski ze Szczecina. - Prowadziłem w Brojcach mecz miejscowej drużyny z Polonią Płoty. Spotkanie było wyrównane, ale w pewnym momencie podyktowałem rzut karny i pokazałem czerwoną kartkę kapitanowi z Brojc. Ten zszedł z boiska, ale stanął w pobliżu szatni i zaczął mi wygrażać, że żywy stąd nie wyjadę.


Po meczu grupka chuliganów zaczęła iść w moim kierunku. Miałem odciętą drogę do szatni, ale zauważyłem po drugiej stronie szkołę. Szybko do niej pobiegłem i się schowałem. Kibice próbowali się do mnie dobijać, ale na szczęście im się nie udało. Siedziałem tam godzinę. W końcu wszyscy się rozeszli i mogłem wyjść - wspomina Maliszewski.


Nie zawsze to kibice są najgroźniejsi dla arbitra. Chuligańskie zachowania samych zawodników nie są czymś wyjątkowym w niższych klasach. - Piłkarze czują się bezkarni - ocenia Tomasz Mikulski. - Bo co to dla nich za dolegliwość, jeśli pokażę żółtą czy czerwoną kartkę? Ona tylko sprawia, że piłkarz w następnym meczu nie może zagrać. A dla niego to nie jest wielki ból. Na boisku nie zarabia na życie - dodaje. Nerwowość piłkarzy jeszcze w jakiś sposób można wytłumaczyć, gdy ich drużyna przegrywa.


Korrida na szosie


Ale czy to możliwe, że gracz atakuje sędziego po zwycięstwie 7:0? W Juszczynie (województwo dolnośląskie) możliwe. - To działo się w meczu Cosmosu Juszczyn z Mechanikiem Brzezina - rozpoczyna swoją opowieść arbiter Adam Gabor. - Goście byli dużo lepszym zespołem. Na cztery minuty przed końcem spotkania jest wynik 0:7. Mechanik ma rzut rożny. Bramkarz gospodarzy zderzył się z piłkarzem gości, więc przerywam grę i odgwizduję faul. Ale w tym momencie pada gol, którego nie uznaję. Podbiega do mnie kapitan gości i pyta: „Co jest?". Odpowiadam, że gol nie jest uznany. Pogodził się z tą decyzją i odszedł - mówi Gabor. Koniec historii? Nie, dopiero początek.


Po meczu kilku zawodników Mechanika usiłuje uzgodnić między sobą, czy wygrali w końcu 7:0 czy 8:0. Ich kapitanowi przy tej okazji znów puszczają nerwy i nie może się pogodzić ze stratą tej jednej bramki. - Co za ch... pier...! Nie uznał nam gola! I jeszcze k... idzie i się nie boi! - rzuca w stronę sędziego. - Odparłem, że za te słowa muszę go ukarać czerwoną kartką i poszedłem do szatni - opowiada Gabor. - Przebrałem się, wsiadłem do samochodu i jadę w stronę domu. Widzę jednak w lusterku, że goni mnie jakiś samochód. Wyprzedza i w pewnym momencie gwałtownie hamuje. Później wrzuca wsteczny bieg i jedzie na mnie! Zdążyłem skręcić kierownicą i zjechać mu z drogi, ale on nie ustępował. Znów zaczyna mnie gonić i spychać do rowu - wspomina sędzia.


W końcu obaj kierowcy się zatrzymują. Prześladowca wyskakuje z samochodu i wściekły biegnie do Gabora. - Dopiero wtedy zorientowałem się, że to jest ten awanturujący się kapitan Mechanika. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że to on może mnie gonić. Zablokowałem drzwi, to zaczął kopać w samochód, pluć na szybę i krzyczeć: „Zabiję cię, sk...!". Złapałem wtedy za telefon i wykręciłem numer policji. Gdy usłyszał, że wzywam patrol, przestraszył się i uciekł - mówi arbiter, który później złożył doniesienie na policję. Piłkarz został przez związek zdyskwalifikowany na dwa lata, ale po roku go odwieszono za dobre sprawowanie.


Z kapustą we włosach


Sędziowie nie są jednak tak całkiem bezradni. Ich dręczyciele czasem nie muszą długo czekać na rewanż. - Sędziowałem mecz na linii w niższej lidze, a później miałem prowadzić spotkanie juniorów, którzy siedzieli za boiskiem po tej samej stronie, po której ja biegałem - wspomina Mariusz Golęba z Lublina. - Tak się złożyło, że nie miałem ze sobą zegarka i czas gry sprawdzałem na telefonie komórkowym. W pewnym momencie musiał mi wypaść z kieszeni, ale nigdzie go nie widziałem. Byłem przekonany, że to jeden z tych chłopaków podniósł z ziemi moją komórkę. Podbiegłem do nich i zapytałem, który mi zabrał telefon. Zarzekali się, że to nie oni, ale po ich minach było widać, że coś kręcą - mówi arbiter. Zemsta bywa słodka. - Nie ukrywam, że w jednej akcji w ich meczu puściłem grę, mimo że piłkarz rywali był na spalonym. Padł gol i w ten sposób złodziejaszki przegrały - opowiada Golęba.


Nie zawsze jednak jest tak, że sędziowie są wrogami piłkarzy i kibiców. Kiedy wynik jest korzystny, arbiter staje się wielkim przyjacielem, z którym trudno się rozstać. - Tak było na meczu w Brojcach, więc niekoniecznie z tej wioski mam same złe wspomnienia - śmieje się Jarosław Maliszewski. - Wicher Brojce, grający wówczas w lidze okręgowej, wygrał ważny mecz aż 7:1. Po spotkaniu poszedłem do miejscowej knajpki, by coś zjeść. Okazało się, że byli tam też kibice, którzy przyszli świętować zwycięstwo. Gdy mnie rozpoznali, od razu zaprosili do ich stolika i za punkt honoru postawili sobie, by się ze mną napić. Każdy po kolei fundował mi kolejkę. Cóż, nie potrafiłem powiedzieć nie... - przyznaje.


Zabawa była przednia i nim Maliszewski się zorientował, zrobiło się późno. Bardzo późno. - Ostatni autobus do Szczecina odjeżdżał o 22.00, a była już pierwsza w nocy! Nie wiedziałem, co robić. Z pomocą przyszli mi moi nowi znajomi. Jeden z nich przypomniał sobie, że wkrótce odjeżdża transport z kapustą i mogę się zabrać. Okazało się, że był to autobus, z którego wyjęto wszystkie siedzenia i wypełniono główkami kapusty. Nie miałem wyjścia - położyłem się na niej i tak dojechałem do Szczecina, gdzie od razu musiałem iść do pracy. Niemałe zdziwienie wówczas wywołałem, gdy zameldowałem się w biurze z resztkami kapusty we włosach - uśmiecha się Maliszewski.


Pan w łódce i piłka


Historyjek o takich niecodziennych, wywołujących uśmiech zdarzeniach na wiejskich boiskach jest wiele. W Rokietnicy (woj. wielkopolskie) boisko znajdowało się kiedyś tuż przy kościele, a droga do niego biegła dokładnie przez środek murawy. Gdy właśnie rozgrywany był mecz, a w tym czasie kończyła się msza, sędziowie musieli przerywać grę, by pozwolić ludziom przejść.


Z kolei w Wiźnie (Podlasie) boisko położone jest obok rzeki. - Przyjeżdżam i się dziwię - wspomina sędzia Jacek Klimowicz z Białegostoku. - Mówię: „Panowie, jak wy chcecie tu grać? Przecież piłka wpadnie do rzeki i po meczu!". „Spokojnie, ja tu od tego jestem" - słyszę w odpowiedzi od gościa, który siedział w łódce przy brzegu. I faktycznie, gdy tylko piłka lądowała w wodzie, on chwytał za wiosła, wyławiał piłkę siatką na motyle i można było grać dalej. W żartach prosiłem piłkarzy, by mimo wszystko częściej jednak grali drugą stroną boiska - zdradza Klimowicz.


Najwięcej zastrzeżeń sędziowie mają z reguły do stanu murawy. - W pewnej wiosce zapewniano mnie, że na boisku jest malutka kałuża, ale spokojnie, można grać. W rzeczywistości na samym środku placu było olbrzymie bajoro! Piłka w nim pływała, odwołałem spotkanie. Ale słyszałem o przypadku, gdy kiedyś sędzia dopuścił boisko do gry i biegał w... kaloszach - śmieje się Klimowicz.


Spory szok poznawczy przeżył kiedyś Maliszewski. - Przyjeżdżam na mecz w Radziszewie i widzę, że boisko, które było żużlowe, zostało kompletnie rozkopane, a grupa ludzi z łopatami krząta się, by pozasypywać dziury. Gdy zapytałem, co się dzieje, wyjaśnili, że celnicy przejęli swego czasu sporą partię przemycanej marihuany. Jedna z firm spaliła konopie, a popiół został wysypany właśnie na to boisko. Dowiedziała się o tym grupa młodych ludzi i zaczęła przyjeżdżać w nocy z łopatami w poszukiwaniu resztek narkotyku.


Dziewięciu w wołdze


Niektórzy o stan murawy dbają. I to bardzo solidnie. Problem w tym, że dbają tylko o tę stronę boiska, na której mają grać. We wsi Turośń Kościelna na Podlasiu wszystko było już gotowe do gry - obie drużyny ustaliły, po których połówkach boiska będą biegać, czekano tylko na sędziego. Gdy ten przyjechał, był mocno zaskoczony. Co zobaczył? Trawa na jednej połowie boiska była idealnie przystrzyżona, na drugiej były kępy różnej wielkości.


Oczywiście nietrudno się domyślić, że gospodarze oddali gościom stronę z gładką murawą, aby łatwiej było atakować. Nikt - także sędzia - nie ośmielił się zaprotestować. Goście nie potrafili skonstruować żadnej akcji w wysokiej trawie, więc z niecierpliwością wyczekiwali drugiej połowy meczu, licząc, że to oni wówczas będą mieć przewagę. Nic z tego - gdy tylko rozpoczęła się przerwa, na murawę wjechała kosiarka, ścięła trawę na zarośniętej części placu i w drugiej połowie obie drużyny miały już takie same warunki do gry.


Czasami arbitrzy mają też kłopoty z dojazdem na boisko. Wybierając się własnym samochodem, ryzykują przebicie opon bądź porysowanie karoserii. Pozostaje PKS lub pociąg. Ale co zrobić, gdy ostatni pociąg odjeżdża, zanim jeszcze mecz się zakończy? Pewien nieżyjący już sędzia z Białegostoku znalazł wyjście z sytuacji. Był liniowym i piętnaście minut przed końcem spotkania piłkarze i arbiter główny zauważyli nagle, że zniknął. Nikt nie wiedział, co się z nim stało. Jedna z drużyn złożyła protest. Gdy sędzia pojawił się w Okręgowym Związku Piłki Nożnej złożyć wyjaśnienia, wyjaśnił, że miał kłopot gastryczny - rzekomo żona rano nasmażyła placków, on popił je mlekiem i nagle dostał biegunki. Z tego powodu czym prędzej musiał uciekać ze stadionu. Wtajemniczeni wiedzą jednak, że sędzia chciał zdążyć na ostatni pociąg...


A jak na mecze przyjeżdżają drużyny? Zazwyczaj samochodami. Kilkoma, bo przecież do jednego wszyscy się nie zmieszczą. Ale czy na pewno? Drużyna Ogniska z Białegostoku na mecze podróżowała czarną wołgą. Kiedyś zawitała do Wasilkowa. Z auta wyskoczyło sześciu graczy i rozpoczęli rozgrzewkę. Zdezorientowany sędzia powiedział im jednak, że zawodników jest za mało. - Spokojnie, spokojnie - odparł kierowca wołgi, po czym otworzył bagażnik, z którego wyskoczyło jeszcze trzech piłkarzy. Mecz mógł się odbyć.


Sędziowanie w niższych ligach to ciężki kawałek chleba. Najodporniejsi psychicznie mają szansę piąć się wyżej, gdzie wyższy jest tak poziom gry, jak i bezpieczeństwa. Reszta szybko rezygnuje. - Czemu ryzykujemy zdrowie i jeździmy na takie mecze? Często zadajemy sobie to pytanie. Najczęściej chodzi po prostu o miłość do piłki nożnej, chęć przedłużenia sobie przygody z boiskiem. No i oczywiście o adrenalinę, której w takich meczach nie brakuje - wyjaśnia Tomasz Listkiewicz, syn byłego prezesa PZPN.


Jarosław Koliński / Magazyn Sportowy

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
Host by: Hosting
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson



Założ : stronę za darmo