Ogłoszenie


Jeżeli chcesz zareklamować swoje usługi na forum poczytaj tu: Klik




#21 2008-04-16 21:12:38

Kiki
Administrator
Zarejestrowany: 2007-05-28
Posty: 4009
płeć: chłopak
wiek: w sam raz
skąd: www
zainteresowania: sport, muzyka, oraz gry

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Źródło http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,4550439.html

Jeżeli napiszesz, to jeden jedyny list, a na odpowiedź nie czekaj, powiedziałem. No i tak było

Z tamtego wieczoru zapamięta jego oczy. Duże, zielone. Stał koło pieca kuchennego, grzejąc ręce nad ciepłą płytą. Jego matka powie coś po polsku. Da mleko i kawałek chleba. Ona nie powie ani słowa. Wyjdzie tyłem, nie spuszczając z niego oczu. Może jest taki sam jak ten, który zdzierał z niej sukienkę, rzuciwszy najpierw na kupę gnoju.

Przed wojną

Wełna ma kolor fel dgrau (szary jak pola). Jest szorstka, rani palce. Czasem trzeba ją przytrzymać i mocno naciągnąć, żeby ścieg był gęsty. Elwira Profé, córka właściciela Fabryki Miar Metrycznych w Bärwalde, z koleżankami z klasy robi na drutach skarpety dla niemieckich żołnierzy.

Po południu zawiezie je do lazaretu w Chojnie. Odkąd zaczęła się wojna, pomaga tam w zarządzaniu kuchnią. Zna się na rachunkach.

Jest koniec stycznia 1945 r. Nauczyciel nastawia radio. Dziewczęta odkładają druty. Słuchają uważnie i zapisują miasta, przez które przechodzi front (Elwira do dzisiaj potrafi je wymienić). Wieści są dobre. Rosjanie daleko, w okolicy Poznania ('naprawdę byli 10 km od miasta'). Przyjdą kilka dni później, o świcie, po cichu. Ojca zaprowadzą nad staw. Elwira z matką widzi wszystko przez małe okno na strychu. Dobrze, że istnieją 'blinde Dachböden' (ślepe strychy) - myślą. Nie ma schodów i Rosjanie nie domyślają się, że u góry ktoś się ukrywa. Usłyszą kilka strzałów i krzyki. Strzelają Rosjanie, krzyczą Polacy (przymusowi robotnicy), którzy biegną ratować ojca. Krzyczą do żołnierzy, że dobrze ich traktował w fabryce. Darują mu życie, ale całą rodzinę wygnają z miasta. Ponad miesiąc będą się tułać po okolicznych lasach. W połowie marca niedaleko Myśliborza Rosjanie zmuszą ich do pracy przy budowie lotniska.

Sześć dni - tyle będą jeszcze razem. Potem Elwirę wywiozą na Syberię.

Zapach przypalonego mleka unosił się w wagonie. Kobieta wydoiła krowę. Odlała trochę mleka do garnka. Kiedy pociąg ruszył, krowa zerwała się z postronka, huknęła kopytem o brzeg rozpalonego piecyka i mleko rozlało się po blasze. W wagonie dwie rodziny. Krowa, koń. Resztę ich majątku w Waszkowicach niedaleko Wilna spalili sowieccy partyzanci. Ostatnie dwa tygodnie spędzili na stacji w Poćwilach na północno-wschodnich kresach.

Teraz na zmianę jadą i stają na bocznicy. Trzeba zrobić miejsce, bo z zachodu ciągną transporty pełne żołnierzy i zdobycznych rzeczy.

Fortek ma 24 lata. Przez ostatni rok się ukrywał. Nie chciał do rosyjskiego wojska. 'Nie powinieneś zabijać' - mówił ojciec. Opowiadał, że dziadka Rosjanie żywcem spalili w 1918 r. Teraz, kiedy wojna skończona i Stalin ogłosił amnestię, był wolny. Inaczej rozstrzelaliby go za dezercję.

Mieszkowice. Połowa czerwca 1945 r. Na budynku stacji ciągle jeszcze widać zabielony wapnem napis 'Bärwalde'. Fortek zapamięta, że nie było ptaków. I że 'było smutno'. Podnosi z jezdni metalowe wiadro. Pewnie spadło komuś z furmanki, kiedy w pośpiechu opuszczał miasto. Wiatr unosi resztki pierza z poduszek, jakieś papiery. Trzaskają otwarte okna. Polacy biegają po mieście. Szukają wolnych domów.

Syberia

Od świtu do zmierzchu kopała groby. Długie i głębokie. Takie na kilkadziesiąt ciał. 'Jak się dobrze ułoży, to na kilkaset' - poprawi mnie pani Elwira. W Workucie, w Archangielsku. Rani dłonie, kiedy karczuje lasy. Puchną kolana, kiedy godzinami klęczy, brukując drogi. Po kilku tygodniach Rosjanka wykrzyczy na apelu: 'Hitler nie żyje! Niemcy kaput. Zostaniecie tu rok, dwa, do końca życia'. Łuszczy się jej skóra na twarzy, tułowiu, dłoniach. Do tego ból stóp. Szkarlatyna. Boi się, że umrze. Modli się. O co? Może o szybszą śmierć? Nie, o śmierć nie. Przecież przyrzeknie sobie: 'Ja tu nie umrę'. Któregoś wieczora usłyszy, że będą ich wywozić. Rosyjska lekarka wskaże kilka dziewcząt na pryczach: 'Ty, ty i ty! Wracacie do Niemiec!'.

O tym, że Bärwalde nazywa się teraz Mieszkowice, powie jej ciotka Toni, którą spotka na dworcu we Frankfurcie nad Odrą. Powie, że nie ma fabryki ani zjeżdżalni nad stawem, którą zbudował jej ojciec. I że rodzice są w Polsce. Mogli wrócić do Mieszkowic, bo tylko Profé zna się na konserwacji turbiny. Gdyby nie ona, całe miasto byłoby bez prądu.

Jest styczeń 1946 r.

- Chodź - mówi Toni - idziemy.

- Dokąd?

- Nad Odrę.

- To jest córka mistrza z elektrowni w Mieszkowicach! - krzyknie do polskiego wędkarza. - Wróciła z Syberii! Proszę zabrać nas na drugi brzeg!

Powrót do domu

Przewiózł je łodzią. 10 km przez las szły do Mieszkowic.
Mieszkowice to małe miasto niedaleko Dębna, 80 km od Szczecina. Przed magistratem pomnik patrona miasta Mieszka I. Na starych zdjęciach zamiast niego widać pomnik niemieckiego żołnierza i drewnianą scenę. Kiedy zbliżał się wiosenny koncert, żona nauczyciela stawała na niej i śpiewała. Dzieci przynosiły brzozowe gałązki. Stroiły miasto. Elwira też pomagała. Była w BDM (Bund Deutscher Mädels - Związek Niemieckich Dziewcząt). Nosiła czarną wełnianą spódnicę, białą bluzkę i trójkątną chustkę. Bardzo była dumna. Ale któregoś dnia ojciec powiedział: 'Ściągnij to. Nie będziesz służyła nazistom'.

Wokół rynku sklepy, biuro informacji turystycznej, posterunek policji (kiedyś była tu milicja i areszt, w którym ojciec Elwiry spędził niejedną noc na przesłuchaniach). Wzdłuż brukowanej drogi domy z pruskim murem.

W kwiaciarni pytam o państwa Mackiewicz-Profé. Sprzedawczyni zastanawia się. Opowiadam krótko ich historię. Tak, teraz już wie, no jak mogła nie skojarzyć. Wciska mi do ręki fiołki alpejskie. Podobno ulubione kwiaty pani Elwiry. Dom jest drewniany, biały. Na ganku wygrzewa się kot. Wita mnie Fortunat Mackiewicz, serdecznie. Elwira Profé, trochę zdystansowana, ale uprzejma, krząta się w kuchni. Przynosi herbatę i jeszcze ciepłą szarlotkę. Siadamy przy jasnobrązowym stole, który wybrali razem. Na meblościance stoi zdjęcie młodej dziewczyny. To Elwira, kiedy ma 20 lat. A więc tak wyglądała, kiedy pierwszy raz ją zobaczył? Włosy upięte w wymyślny sposób z tyłu głowy. Ładna. Mogła podobać się chłopcom. Sztuczne kwiaty zatopione w szklanej kuli. Na ścianie fotografie dawnych Mieszkowic, prezenty od niepełnosprawnych dzieci ze stowarzyszenia Promyk. Pani Elwira tam pomaga, stara się o fundusze unijne.

Wsłuchuję się w ich rozmowę.

- Mówimy do siebie trochę po polsku, trochę po niemiecku - tłumaczy Fortunat Mackiewicz. - Tylko my siebie rozumiemy. Jak Elwira mówi do mnie po niemiecku, to rozumiem. Jak ja mówię po polsku, to ona mnie rozumie, ale rozmawiać ciężko.

- A miłość? Tu się zaczęła? - pytam.

- Tak, tak. Przed 60 laty - śmieją się oboje.

Z tamtego zimowego wieczora 1946 r. zapamiętał jej dłonie. Drobne, zaróżowione od wiatru i mrozu. Przyciskała nimi do piersi kankę na mleko. Niebieską, litrową. Po tej kance poznał, że to rodzina Toni, która przychodziła tu wcześniej. Stanęła w progu, w letnim płaszczyku. Ważyła niewiele, jakieś 30 kg.

- Tak cichutko weszła i czeka na darowiznę - mówi pan Fortunat. - Jakby się bała.

Wspólne milczenie

Przyjdzie znów po dwóch dniach. On zapyta, czy może ją odprowadzić. Staną przy drodze. Trochę rozmawiają, po niemiecku (nauczył się w warsztacie, kiedy w 1941 r. Niemcy przyszli do Waszkowic). Rozmawiają o fabryce, o domu Fortka na Wschodzie. Więcej milczą. Milczą o tym, że Elwira boi się mężczyzn. O tym, że kiedy wypędzano ich tamtej zimy z miasta, złapał ją rosyjski żołnierz. Rzucił na kupę gnoju. Zdarł sukienkę. Co byłoby, gdyby nie przyszedł oficer? Gdyby nie strzelił w powietrze? Gdyby nie krzyknął: 'Puść ją!'? O tym też milczą. Milczą o tym, jak bardzo wstydzi się żebrać, że najgorsze jest to uczucie niemocy. Patrzy na nią. Całuje po ojcowsku, w czoło. Z litości. 'Nie bój się - mówi - ja się tobą zaopiekuję'.

Stoimy przed dawną fabryką. Budynek z czerwonej cegły, duży, dwupiętrowy. Brama opięta grubym łańcuchem z kłódką. Przed wojną produkowano tutaj urządzenia metryczne dla kolei i metrówki. Po wojnie Fortek z ojcem Elwiry uruchomili ją na nowo.

Kilka lat temu Ikea chciała jeszcze składać tutaj swoje meble. Zwieźli nawet sprzęt, ale po kilku tygodniach go zabrali. Od tej pory nic się tutaj nie dzieje.

- Tutaj był mój dom, przez 60 lat - mówi Elwira. - 13 pokoi. Ale mojego domu nie ma już, bo spalili go Rosjanie, jak przyszli w '45.

Tam była turbina, a tam staw i zjeżdżalnia, a tą drogą jeździli ludzie na pikniki. A tam droga na Moryń, przy której stoi dom. Mieszkał w nim Fortek z rodzicami. A jak Elwira szła do Fortka, to najpierw musiała przejść przez las - tłumaczą.

- A wie pani, dom Fortka pachniał zawsze świeżym chlebem i placuszkami, które piekła jego mama - wspomina pani Elwira. - Ścinałam drzewa. Po Syberii byłam w tym perfekcjonistką. Sadziłam ziemniaki, zwoziłam je potem z pola. Gdzie się tego nauczyłam? W Luisenschule (szkoła dla dziewcząt), tutaj w Mieszkowicach.

Całe miasteczko musiało o nich wiedzieć. Wielu nic nie mówiło. Ale któregoś dnia sąsiadka krzyknie zza płotu do Fortka: 'Czego ta Niemka się tu szwenda? Pogoń ją!'.

Elwira do dziś o tym nie wie.

- Nie umawialiśmy się na randki. Elwira przychodziła do nas rano, a wieczorem wracała do domu. W niedzielę, jak byłem wolny, to cały dzień mieliśmy dla siebie. Ojciec wychowywał Elwirę w bardzo wielkiej dyscyplinie. Musiała rozliczać się z każdej minuty. Ale jak przychodziła do nas, to nie zwracał jej żadnej uwagi.

- A w którym momencie pan zrozumiał, że pan kocha panią Elwirę?
- Chyba już po paru miesiącach. To nie było tak, że spojrzeliśmy sobie w oczy i się zakochaliśmy. Poznaliśmy swoje charaktery. Miłość zrodziła się z wielkiego szacunku.

- A to, że pani Elwira jest Niemką, nie miało dla pana znaczenia?

- Żadnego.

Znowu razem

Ślub biorą kilka razy. Na jednym Elwira ma niebieską sukienkę, Fortek białą koszulę. Na drugim sukienka jest w kwiaty. Najpierw zamieszkają u rodziców Fortka. Mają tam mały pokój. Potem Fortek wybuduje dom. I kołyskę dla dziecka Fortek zrobi sam. Pierwszy ślub wymyślają na spacerach w lesie. Drugi nad jeziorem, kiedy Fortek kocha się z Elwirą. Dziewczyna boi się, że zajdzie w ciążę. Przybiegnie kilka dni później całkiem spokojna. Dziecka nie będzie.

To wróg klasowy, córka fabrykanta. Kapitaliści - powie milicjant.

Siedzi za stołem. Pisze coś na kartce. Od czasu do czasu podnosi wzrok znad papieru, odchyla się do tyłu i patrzy. Czasem stuka ołówkiem o blat stołu.

Fortek próbuje tłumaczyć: jaki kapitalista, skoro nie ma co jeść.

Ale władza nie słucha: 'Musi wyjechać z naszego kraju. Ślubu nie będzie' - mówi.

- Jesienią 1947 r. musieliśmy załadować nasze rzeczy na furmankę i zostaliśmy zabrani do Dębna z ostatnimi 18 Niemcami z Mieszkowic. Jeszcze dziś widzę Fortka. Stał w odległości dziesięciu metrów i płakał. Zakryłam uszy i oczy. Nie chciałam zabierać tego obrazu ze sobą - mówi pani Elwira.

- Nie, nie, nie - pan Fortunat przecząco kręci głową. - Wiedziałem, że będzie wielka rozpacz, i wolałem tam nie być. Rozstaliśmy się dzień wcześniej. Elwira przyszła wieczorem i powiedziała, że muszą wyjeżdżać. Dała mi swoje zdjęcie. Pożegnaliśmy się, pocałowaliśmy, zapłakaliśmy i tyle. Powiedziałem też, żeby nie pisała do mnie listów, bo mogą mnie podejrzewać, że jestem szpiegiem. 'Jeżeli napiszesz, to jeden jedyny list, a na odpowiedź nie czekaj', powiedziałem. No i tak było. Żadnego kontaktu.

- To było straszne - mówi pani Elwira. - Gdybyśmy wiedzieli, że będzie można zobaczyć się za dziesięć, za pięć lat, to byłoby to łatwiejsze, a tak było to właściwie pożegnanie na zawsze. Dostałam od Fortka małe zdjęcie paszportowe. 50 lat nosiłam je w portfelu. Dzisiaj jeszcze. To było piękne wspomnienie. I oczywiście przychodziły chwile, w których myślałam: właściwie szkoda. Może mogłam zrobić inaczej. Może powinnam tam zostać. Może rodzice powinni sami wyjechać. Ale ja nie chciałam ich opuścić. Wiedziałam, że musimy zacząć życie od nowa i moja siła będzie im potrzebna. Codzienność wszystko przykryła. Nie wyszłam też za mąż, ponieważ nie widziałam w tym sensu.

Kiedy Elwira wyjechała, ja też opuściłem Mieszkowice. Zamieszkałem w Młynarach na Mazurach. Wyjechałem, żeby szybciej zapomnieć. Ale cały czas myślałem o Elwirze, dobrze jej życzyłem. Chciałem, żeby miała dobrego męża, dzieci. Zacząłem pracę w Spółdzielni Kółek Rolniczych, miałem też swój warsztat. Po jakimś czasie ożeniłem się. Któregoś dnia żona wyjechała do Ameryki. Czekałem na nią. Z nikim się nie łączyłem. Nie wróciła. Sam byłem 18 lat.

- A zdjęcie pani Elwiry dał pan ojcu na przechowanie?

- Tak, nie chciałem denerwować żony. Ojciec opiekował się nim. Stało przy jego łóżku.

- Fortek zawsze był blisko nas - mówi pani Elwira. - Rodzice go kochali. Wspominali go. Dużo pracowałam, żeby zapomnieć. Moi rodzice zbudowali fabrykę we wschodnich Niemczech, ale nas wywłaszczyli. Później przez zieloną granicę na początku lat 50. dotarliśmy do Niemiec Zachodnich. Tam ojciec znowu zaczął produkować metrówki. Pomagałam. Ukończyłam studia pedagogiczne. Po jego śmierci prowadziłyśmy fabrykę z matką. Ale było ciężko. Sprzedałyśmy i przeniosłyśmy się do Berlina. Pomagałam żonie prezydenta Niemiec Gustawa Heimanna stworzyć w Berlinie miasteczko dla osób umysłowo upośledzonych. Dzięki pracy, wysiłkowi to cierpienie, które mnie prześladowało, odeszło na plan dalszy.

Po upadku muru berlińskiego Elwira przyjeżdża do Mieszkowic.

- Pomyślałam, że byłoby pięknie, gdybym mogła spotkać tę rodzinę raz jeszcze i porozmawiać, jak toczyło się ich życie w tym czasie. Od 1991 r. przyjeżdżałam do Mieszkowic co kilka miesięcy, bo ciągle mnie tam coś ciągnęło. Być może stały za tym myśli, może nieświadome: może go jednak znów zobaczysz, twoją młodzieńczą miłość.

- Elwira przyjechała tu, do Mieszkowic, do fabryki. Pytała o nas. Powiedzeli jej, że Mackiewicz umarł. Zadzwoniła do mnie kuzynka z Mieszkowic i opowiedziała o wszystkim - pan Fortunat wstaje i wyciąga z szafki drewnianą metrówkę. Żółtą, podniszczoną. Rozkłada. - Ale Elwira zostawiła to. Widzi pani, adres. Paul Justen - śmieje się głośno. - Mąż Elwiry. Byłem pewny, że to jest mąż. Fabryka Miar Metrycznych, ojciec na pewno tam ją uruchamiał, no to musi być adres zięcia.

Była późna jesień, kiedy przyszedł ten list. Krótki. Pisał, żeby się spotkać. - Napisz do niego, napisz do tego chłopca - prosiła matka. - Może potrzebuje naszej pomocy.

- Dobrze, dobrze, napiszę - odpowiadała. Rok list przeleżał bez odpowiedzi.

- Wiedziałam już, że ma żonę. Jeśli to była całkiem normalna rodzina, to nie chciałam jakoś wchodzić między nich. Przyjechałam znów do Mieszkowic i usłyszałam, że jego żona od wielu lat jest w Ameryce. Pomyślałam: jak można zostawić swojego męża w tak niełatwej sytuacji w Polsce, coś musi być nie w porządku. I wtedy napisałam. Napisałam, że za tydzień przyjeżdżam do Kwidzyna i że jeśli chce, możemy się tam spotkać.

Co myślałam? Czy będzie tak samo się uśmiechać? Czy znów pocałuje w czoło? A może przytuli do siebie mocno, nie mówiąc ani słowa? Nie wiem. Może ja nic nie myślałam?

- Co myślałem? Myślałem, że głupi jestem. Przecież Elwiry nie znajdę, nie poznam. Wyglądam inaczej, Elwira też. Jesteśmy już starymi ludźmi. Kiedyś byliśmy młodzi, teraz starzy. Jak możemy się poznać? Nie umówiliśmy żadnego znaku, żeby się rozpoznać. Ale poszedłem na dworzec, popatrzyłem, siedzi taka staruszka, blondyneczka, trochę podobna, ale nie, nie ta. Wychodzę z dworca na parking, do swego samochodu, patrzę, wjeżdża samochód, rejestracja niemiecka. No i tak idziemy naprzeciw siebie. Dzieli nas sześć metrów chyba albo pięć i Elwira pierwsza się odezwała. 'Fortek'. Głos ten sam, głos przypomniał się od razu, nie poszedł w zapomnienie.

- Nie chciałam pozwolić, żeby to, co minione, odżyło. Ale wszystko wróciło, po prawie 50 latach.

Dzieliło ich 800 km. Ona mieszkała w Niemczech. On koło Kwidzyna. Jeździli do siebie dwa lata. Pierwszy raz, kiedy jechał do Niemiec, przywiózł jej kwiaty (to te, które stoją na meblościance, zatopione w wodzie).

- Pomyśleliśmy, że chcemy być razem. Ale miałem problem z rozwodem. Żona nie chciała się zgodzić. Mówiła nawet, że wraca, ale potem nagle chorowała. Kiedy Elwira się zgłosiła, przyjechała, żeby przeszkodzić. Osiem lat czekałem na rozwód.

W 1997 r. wybudowali dla siebie dom. W miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Kiedy Elwira wyjeżdżała z Niemiec, zapakowała bukiet suszonych róż od Fortka. 'Po co ci - pytał. - Zostaw. W Mieszkowicach będziemy mieć więcej róż'. Dotrzymał słowa.

- Żyjemy już tyle lat tutaj. Dzisiaj nie jest to, przynajmniej w Niemczech, takie konieczne, żeby się pobierać, jeśli się razem żyje. Ale my oboje pochodzimy z innej generacji i myślę, że w swoich relacjach też trzeba mieć porządek, pruski porządek. Poza tym żona burmistrza zawsze mówiła: 'Pani Elwiro, kiedy w końcu się pobierzecie? Ja chcę tańczyć'. Jak mieliśmy wszystkie potrzebne dokumenty, poszłam do ratusza i powiedziałam: 'Teraz możemy tańczyć'.

4 listopada 2005 r. biorą ślub. Kilkudziesięciu gości bawi się na weselu. Z Niemiec, z Polski. Pan młody ma 84 lata, panna młoda 80. Przyjęli podwójne nazwiska. Elwira Profé-Mackiewicz, Fortunat Mackiewicz--Profé.

- Panie Fortunacie, a nie ma pan żalu? Przecież gdyby nie rozstanie, to może dzisiaj po państwa domu biegałyby wnuki.

- Nie, widocznie tak musiało być. Najważniejsze jest to, co teraz. Prawdziwej miłości nie da się zapomnieć. Wygląd się starzeje, miłość nigdy się nie starzeje. Miłość zawsze jest młoda. Bo widzi pani, my jesteśmy jeszcze z tej starszej daty. Nasza miłość była inna. Teraz myślę, że miłość jest bardziej seksualna. I dlatego jest nietrwała, bo seks nie jest miłością. Seks jest przyjemnością tylko. Owszem, jak jest miłość i seks, to jeszcze przyjemniejsze - śmieje się pan Fortunat. - I dlatego teraz, w tych czasach, takie nietrwałe są małżeństwa. Miłość też nie jest dana na zawsze.

- To, że go teraz spotkałam, jest szczególnym darem - dodaje pani Elwira. - Nie roszczę sobie prawa, żeby mówić, że to było coś szczególnego. Dla nas to, że się spotkaliśmy, jest oczywiście czymś wspaniałym. Nie mamy żadnych problemów. Ale nie dopuszczamy też żadnych problemów do siebie. Te kilka lat, które nam zostały, chcemy przeżyć dobrze.

Jaki ma pan kolor oczu? - pytam o to, kiedy siedzą naprzeciwko mnie. To szczegół potrzebny do tekstu.

Pani Elwira wstaje, chwyta pana Fortunata delikatnie za włosy i odchyla jego głowę do tyłu.

- Fortek, jakie masz oczy?

- Zielone - mówi pan Fortunat.

- Niebieskie - pani Elwira kiwa głową. Spogląda na niego z czułością, głaszcze jego włosy i mówi: - Wielokolorowe. Moje.

img/smilies/246

Offline

 

#22 2008-04-16 21:40:34

inches
Kłusownik
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 1487
płeć:
wiek:
skąd: minus piętro
zainteresowania: nie wiem nie znam się i ogólnie jestem zarobiony

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Super . Wzruszyłem się . I tylko proszę o bez głupich komentarzy.

Offline

 

#23 2008-04-16 21:51:00

Kiki
Administrator
Zarejestrowany: 2007-05-28
Posty: 4009
płeć: chłopak
wiek: w sam raz
skąd: www
zainteresowania: sport, muzyka, oraz gry

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

jeden głupi komentarz i user dostane bana ( czego jeszcze nie robiłem)

Offline

 

#24 2008-04-17 00:36:44

mieto
Yoda
Zarejestrowany: 2007-11-30
Posty: 3828
płeć: M
wiek: idealny
skąd: Óć
zainteresowania:
Serwis

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

sprecyzuj"głupi komentarz"...


http://www.danasoft.com/sig-pol.jpg
tamubezbiecz@wp.pl

Offline

 

#25 2008-04-17 13:00:35

Kiki
Administrator
Zarejestrowany: 2007-05-28
Posty: 4009
płeć: chłopak
wiek: w sam raz
skąd: www
zainteresowania: sport, muzyka, oraz gry

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Niestosowny, odnoszący się do tej historii

Offline

 

#26 2008-07-07 12:35:46

Meister Kovalski
Root
Zarejestrowany: 2007-07-12
Posty: 914
skąd: z bliska
zainteresowania: internet

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

http://www.newsweek.pl/wydruk/artykul-w … ykul=18950

Połączył nas jeden niewinny pocałunek - Fortunat Mackiewicz, rocznik 1920, cofa się do pierwszych miesięcy 1946 roku. To wtedy na Ziemiach Odzyskanych poznał młodszą o pięć lat Elwirę Profé, córkę miejscowego niemieckiego fabrykanta.
Moment na uczucie między Polakiem a Niemką z pewnością nie był najlepszy. Trzyipółtysięczne dziś Mieszkowice (wówczas Bärwalde), senne miasteczko w powiecie gryfickim, 90 km na południe od Szczecina, 1 lutego 1945 r. zajęła Armia Czerwona. Dom rodziny Profé spłonął, należąca do nich fabryka miar metrycznych cudem uniknęła tego samego losu. Elwira i jej rodzice przez parę tygodni błąkali się po lasach, zanim Rosjanie zapędzili ich do budowy lotniska pod pobliskim Myśliborzem. Elwirę wytypowano do transportu na Syberię. Morderczą podróż w bydlęcych wagonach, z których na postojach wyrzucano ciała zmarłych, wspomina jako koszmar. Ale w łagrze nie było lepiej. - Głód, zimno i ciężka praca - wylicza. Choroby zbierały tragiczne żniwo. Elwira, wychudzona i ze szkarlatyną, wylądowała w obozowym szpitalu. Tam od jednej z sióstr dowiedziała się, że wraca do Niemiec.
Na przełomie 1945 i 1946 roku, po wielodniowej podróży koleją, trafiła do Frankfurtu nad Odrą. Zastała ją tam wiadomość, że Bärwalde należy teraz do Polski, ale jej rodzice nadal mieszkają w miasteczku. - Ojciec uruchomił fabryczną turbinę, która zaopatrywała miejscowość w prąd - tłumaczy Elwira. Walter Profé był potrzebny, więc mógł zostać. Elwira dołączyła do rodziny.
W czasie jej nieobecności miasteczko się zmieniło. W Mieszkowicach żyły polskie rodziny przybyłe z Kresów Wschodnich, utraconych przez Polskę na rzecz Sowietów. Wśród nowych osadników byli Mackiewiczowie, którzy latem 1945 roku przyjechali tu z Wileńszczyzny. Zajęli gospodarstwo przy ulicy Moryńskiej. - Mieliśmy konia i krowę. Jak na tamte czasy, byliśmy bogaci - wspomina Fortunat Mackiewicz.
On i jego rodzice pomagali Niemcom, którzy jeszcze zostali w miasteczku. Po jedzenie przychodziła do nich ciotka Elwiry Profé. Pewnego dnia po mleko wysłała siostrzenicę. Młoda Niemka zaczęła regularnie bywać u polskiej rodziny. Fortek zapamiętał ją jako przestraszoną dziewczynkę. Któregoś razu zaproponował, że ją odprowadzi. Następnym razem już nawet nie pytał. Odprowadził... i pocałował w czoło. Nie z miłości, ale - jak mówi - z litości. Że musi tak żebrać o jedzenie. Po tym pocałunku Elwira nie spała całą noc.
Kiedy Fortek Mackiewicz zaproponował, by ponownie uruchomić fabrykę Profé, burmistrz Mieszkowic tylko się zaśmiał. Mówił: nie mamy ani grosza. Ale Mackiewicz przekonywał: - Jak ruszy produkcja, będą nie tylko grosze, ale i złotówki. Argument podziałał. Burmistrz przyprowadził do fabryki grupę robotników. Profé ich przyuczał. Przez trzy miesiące pracowali bez wynagrodzenia.
Dziś ta sama fabryka przy ul. Poniatowskiego 47 stoi pusta. Działka od początku lat 90. należy do szwedzkiej Ikei, ale koncern nie kwapi się do inwestycji. - Szkoda, że taki obiekt się marnuje - nie może odżałować Mackiewicz. - Była turbina. Była woda. Można było zrobić sporą elektrownię - mówi. - My tak umiemy gospodarzyć...
Elwira i młody Mackiewicz stawali się sobie coraz bliżsi. Wiosną 1947 r. Fortunat zapytał na posterunku milicji, jak uzyskać zgodę na ślub z Niemką. Zgody nie było. - To jest wróg klasowy - brzmiało uzasadnienie. Jesienią rodzina Profé musiała wyjechać do Niemiec: Elwira chciała skończyć studia, a w Polsce nie miała na to szans. W tamtych czasach rozstanie oznaczało, że już się nie zobaczą. Postanowili, że nie będą pisać listów. Na pożegnanie dostała od Fortka jego czarno-białe zdjęcie. Nosiła je przez wszystkie lata i ma je do dziś.
Mackiewicz też miał fotografię Elwiry. Wkrótce po rozstaniu przeniósł się na Mazury, otworzył warsztat ślusarski, ożenił się. Żeby nie denerwować żony, zdjęcie oddał na przechowanie ojcu. Ale w latach 70. żona Fortunata wyemigrowała do Ameryki. Małżeństwo się rozpadło.
Elwira Profé z rodziną zamieszkała w Niemczech Wschodnich. Skończyła studia pedagogiczne na berlińskim Uniwersytecie Humboldta i pracowała w szkołach. Jej ojciec uruchomił mały zakład, ale komunistyczne władze szybko mu go odebrały. Rodzina uciekła na Zachód, gdzie Walter Profé raz jeszcze otworzył fabrykę miar metrycznych. Zmarł w 1962 r. Sześć lat później Elwira przeniosła się do zachodniego Berlina. Założyła tam ośrodek dla umysłowo chorych i kierowała nim przez następne dwie dekady.
W 1991 r. wybrała się do Mieszkowic. Wspomina, że została bardzo dobrze przyjęta. Dozorca oprowadził ją po rodzinnej fabryce. - Od tej pory przyjeżdżałam co trzy, cztery miesiące - opowiada. Ale Fortunata nie spotkała. Początkowo usłyszała nawet, że nie żyje. Dopiero później dowiedziała się, że się wyprowadził i ożenił. Fortunat też myślał, że Elwira jest mężatką. A jednak w 1995 r. napisali do siebie. Umówili się na dworcu w Kwidzynie. I gdy się zobaczyli, poczuli się tak, jakby tych 50 lat nie było.
Postanowili, że zamieszkają razem. Przy ulicy Chojeńskiej w Mieszkowicach postawili ładny parterowy domek. - Mieszkamy nie w polskim, nie w niemieckim, tylko w swoim - żartuje Fortunat. 4 listopada 2005 r. wzięli ślub.
Na tym kończy się ich prywatna historia. Ale swoją kartę w historii miasteczka dopiero zapisują. - To przemili, powszechnie znani i szanowani ludzie, którzy wspaniale funkcjonują w naszej społeczności - podkreśla burmistrz Piotr Szymkiewicz. Pani Elwira coraz lepiej mówi po polsku, uhonorowana została przez samorząd tytułem Zasłużonej dla Gminy Mieszkowice. Mimo 81 lat tryska energią i pomysłami. Prowadzi m.in. zajęcia gimnastyczne dla miejscowych kobiet. Pomogła tutejszemu gimnazjum w nawiązaniu współpracy z niemiecką szkołą w Bad Freienwalde. Przyczyniła się też do powstania warsztatów terapii zajęciowej dla niepełnosprawnych. - Dzięki jej staraniom Fundacja Diakonii w Berlinie przekazała nam 36 tys. euro na remont i adaptację budynku po szkole podstawowej we wsi Goszków - przyznaje prowadząca placówkę Alina Leończyk. Grupa liczy 20 uczestników, w grudniu powiększy się o kolejnych dziesięcioro. - Pani Elwira zawiozła mnie do Bad Freienwalde i pokazała, że można uruchomić warsztaty w szczerym polu - dodaje.
Równie wiele Profé robi dla zbliżenia polsko-niemieckiego. 18 maja, m.in. dzięki jej zaangażowaniu, spotkali się dawni i dzisiejsi mieszkańcy pobliskiego Czelina (dawniej Zellin). Zaczęło się od nabożeństwa ekumenicznego w miejscowym kościele Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Odprawili je wspólnie tutejszy proboszcz Ignacy Stawarz i emerytowany pastor Friedrich Wilhelm Ritter, który dorastał w Mieszkowicach, a dziś mieszka w Hanowerze. Na przemian śpiewano pieśni po polsku i niemiecku.
Ks. Stawarz intonował "Oto jest dzień" - i zaraz potem szło "Danke für diesen guten Morgen, danke für jeden neuen Tag". Potem był wspólny obiad w miejscowej podstawówce. I rozmowy w doskonałej atmosferze. - Większość Niemców, którzy tu przyjechali, uważa Erikę Steinbach za szaloną - uśmiecha się Profé. - My chcemy pokoju i dobrego sąsiedztwa. Żyjemy przecież w 2007, a nie 1945 roku - tłumaczy.
Nasza rozmowa dobiega końca. - Chodź, kochanie, chodź - mówi Fortunat do Elwiry.


http://www.zanimnapiszesz.info/bannery/userbar/1.png

Offline

 

#27 2008-07-11 14:11:12

Laura
Gość

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Historie romantyczne sa takie piekne img/smilies/big_smile

A powiedzcie mi czy ta autentyczna historia (nie moja) jest romantyczna czy nie???



Zatrzymałam się w pobliżu jednego ze strzeżonych parkingów oczekując na przyjazd taksówki, którą zamówiłam telefonicznie  wychodząc z kawiarni.

Nagle zatrzymał się przy mnie jakiś mężczyzna. Wyglądał na nieco starszego ode mnie, miał lekko chwiejny krok i czuć było od niego alkohol, bo jak się później okazało wracał właśnie z towarzyskiego spotkania z kolegami. Nieznajomy ukłonił się grzecznie i zaproponował mi wspólne wypicie kawy. Odmówiłam stanowczo, ale on kilkakrotnie powtórzył swoją ofertę. Rozzłoszczony moją nieustępliwością, zapomniał nagle o swoich nienagannych manierach. Chwycił mnie za rękę i zaczął gdzieś ciągnąć.

- Proszę mnie puścić! – krzyknęłam przestraszona.

Wychodzący z parkingu ludzie w starszym wieku, kobieta i mężczyzna, wsparli mnie słownie, wtrącając niezbyt odważne uwagi typu „Niech pan da spokój tej pani!” albo „Idź pan do domu się wyspać”. Facet puścił mnie i zaczął im wymyślać. W tej chwili nareszcie przyjechała  taksówka. Otworzyłam drzwi i kiedy chciałam wsiąść, usłyszałam tuż nad uchem jego głos:

- To na razie, mała! – po czym ten bezczelny typ... przyłożył mi dłonią w pośladek.

Tego było już za wiele! Zaczęłam krzyczeć, również ludzie, którzy próbowali mi pomóc wyrazili głośno swoje oburzenie. A ten cham stał spokojnie śmiejąc się do rozpuku. Nieoczekiwanie pojawił się jadący dość szybko radiowóz. Pewnie minąłby nas, ale kierowca taksówki zaczął trąbić klaksonem i dawać znaki światłami. Wóz patrolowy zatrzymał się, wysiadło dwóch funkcjonariuszy. Na widok mundurów, pijany facet próbował uciec, ale policjanci doścignęli go bez trudu. Stawiał się, doszło do gwałtownej, choć krótkiej szarpaniny. Wkrótce znalazł się w radiowozie, do którego trafiłam i ja żeby złożyć zeznanie. Nie zamierzałam przecież darować temu chamowi.

Ponownie spotkaliśmy się w sądzie. Winowajca prezentował się teraz zupełnie inaczej niż w roli kiepskiego podrywacza. Sprawiał wrażenie bardzo przejętego i zawstydzonego tym co zrobił. Czerwienił się i niezręcznie formułował jakieś usprawiedliwienia. Patrzyłam na niego niemal ze współczuciem. Okazało się, że nazywa się Maciej M., ma 35 lat, jest żonaty i ma dwoje dzieci. Sąd skazał go na karę grzywny, pokrycie kosztów procesu i przeproszenie mnie w obecności zgromadzonych na sali osób. Ten ostatni punkt wyroku okazał się dla niego najbardziej bolesny. Tonąc w pąsach, dukając słowa skruchy i unikając mojego wzroku pechowy zalotnik uczynił zadość decyzji sądu. Nie miałam już do niego żalu, nawet uśmiechnęłam się lekko widząc jego onieśmielenie.

A potem... Potem pan Maciej zwrócił się do „Wysokiego Sądu” z nietypową prośbą. Błagał mianowicie, żeby niefortunne wydarzenie zachować w tajemnicy przed jego żoną. Prośba ta rozbawiła całą salę. Okazało się, że swojej małżonki boi się najbardziej i wolałby nawet dostać się do więzienia niż przed jej zagniewane oblicze. Ach, panie Macieju, i co z panem zrobić?

 

#28 2008-07-14 18:14:30

Pirulo
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 974
płeć: boy
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania: różne

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Sorry Lauro, bardziej wygląda to mi na opowieść z tabloidów typu Pani Domu, Naj czy Chwila Dla Ciebie img/smilies/big_smile

Offline

 

#29 2008-07-15 16:38:18

zoltar
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-09-27
Posty: 739
płeć: ?
wiek: 100
skąd: Spectra
zainteresowania: s-f

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

I kolejna wersja tej samej historii

Poznali się zimą 1946 r. Ona, dwudziestoletnia córka fabrykanta, jednego z ostatnich Niemców, którzy w 1947 r. byli jeszcze w Mieszkowicach. On, o pięć lat starszy Polak z Wileńszczyzny, jeden z pierwszych powojennych mieszkańców miasteczka. Zakochali się, postanowili wziąć ślub. Czekali aż 58 lat. W minioną sobotę świętowali pierwszą rocznicę.

Rosjanie nadchodzą!
Był 31 stycznia 1945 r. Po śniadaniu Walter Profé, ojciec Elwiry, właściciel Fabryki Miar Metrycznych w Mieszkowicach, nastawił radio na wiadomości.
- Usłyszał, że front jest gdzieś w okolicach Poznania - opowiada Elwira. - To jednak było kłamstwo, jak wiele innych wiadomości, które wtedy podawano. Pojechałam do pracy w lazarecie w Chojnie. Dyżurny z miejscowego lotniska powiedział: Pakuj się szybko, bo Rosjanie są już między Chojną a Trzcińskiem-Zdrój. Gdy wróciłam do Mieszkowic, ojciec ukrył mnie z mamą i ciocią w fabryce.
Nazajutrz przed zakład na peryferiach miasteczka zajechał rosyjski zwiad.
- Była szósta rano - relacjonuje Elwira. - Nie spaliśmy, bo baliśmy się spotkania z Rosjanami. Z górnych okien fabryki widzieliśmy, jak wybijają okna w naszym domu i zaglądają do środka.
Jej ojciec wyszedł naprzeciw żołnierzom. Dołączyli do niego polscy robotnicy, którzy u niego pracowali po ewakuacji ich zakładu z Łodzi.
- Obserwowałam to spotkanie z ukrycia - wspomina Elwira. - Jego przebieg poznałam później z relacji taty. W pewnym momencie Rosjanie zabrali go nad staw obok fabryki. Wtedy do rozmowy włączyli się Polacy. Opowiadali żołnierzom o nas. O tym, że ojciec był dla nich bardzo dobry, że nie brakowało im u nas jedzenia i opieki nad chorymi. Dzięki nim przeżyliśmy. Za to w miasteczku działy się straszne rzeczy. Żołnierze rozstrzeliwali mężczyzn i gwałcili kobiety. Dziewiątego lutego Rosjanie kazali nam spakować dobytek i wynieść się z miasta.
Przez kilka tygodni wygnańcy błąkali się po nadodrzańskich lasach.
- Nie wiedzieliśmy, co teraz będzie - opowiada Elwira. - Głodni, przemarznięci, niektórzy chorzy, doczekaliśmy marca. Wtedy Rosjanie zabrali nas do budowy lotniska koło Myśliborza.

Ja tu nie umrę
Kilka dni później Elwirę wytypowano do transportu na Syberię.
- Pieszo przez Gorzów dotarliśmy do Świebodzina - wspomina. - Tam czekał na nas pociąg towarowy. Ludzi siłą wpychano do przepełnionych wagonów. Ściśnięci, za zaryglowanymi drzwiami, ruszyliśmy w podróż. Na postoju eskorta podawała nam chleb i wyrzucała z wagonów ciała zmarłych.
Po prawie miesięcznej podróży transport zatrzymał się w Archangielsku.
- Trafiłam do łagru. Na śniadanie dostawaliśmy kromkę czarnego chleba i kawę. Na kolację dochodziła do tego niesłona zupa. Pracowałam przy ścince drzewa, budowałam drogę i kopałam groby. Ludzie umierali z chorób i niedożywienia. Sama byłam bardzo wychudzona. Ale obiecałam sobie: "ja tu nie umrę".
Jesienią z wysoką gorączką i szkarlatyną trafiła jednak do lazaretu.
- Pewnego dnia do mojej pryczy podeszła rosyjska lekarka. Powiedziała: Profe, ty do domu, do Niemiec. Trafiłam do transportu chorych i niezdolnych do pracy, którzy wracali do ojczyzny. Pociąg zatrzymał się we Frankfurcie nad Odrą. Tam kazano nam wysiadać i iść przed siebie. Okazało się, że nie ma powrotu do domu, bo w Mieszkowicach teraz jest Polska. Szczęśliwie w Altreetz odnalazłam rodzeństwo ojca. Dowiedziałam się, że moi rodzice żyją i nadal są w Mieszkowicach.

Nikogo nie było
Był koniec maja 1945 r. Na dworcu w Poćwilach, na północno-wschodnich kresach Rzeczpospolitej, Fortunat Mackiewicz czekał z rodzicami na pociąg do nowej Polski.
- Trwało to prawie miesiąc - opowiada. - Najpierw kolej musiała zwieźć wojsko z frontu. Całymi dniami na wschód szły transporty. Mieliśmy czas, żeby się zastanowić się nad tym wyjazdem. Nie widzieliśmy jednak szans na normalne życie w sowieckiej rzeczywistości. Spróbowaliśmy jej po tym, jak we wrześniu 1939 r. Rosjanie wzięli nas pod swoją okupację. Wywózki na Syberię, kołchozy, kontyngenty. Baliśmy się, że teraz znowu będzie tak samo.
Gdy nadszedł dzień wyjazdu, Mackiewiczowie załadowali dobytek do podstawionego wagonu. Ruszyli na zachód. Po drodze zatrzymali się m.in. w Kostrzynie nad Odrą.

- Tam kazano nam osiedlać się w poniemieckich domach - wspomina Fortunat. - Miasto było jednak kompletnie zrujnowane, same gruzy. Nikt nie chciał tu zostać i pociąg ruszył na północ w kierunku Szczecina. Po drodze zatrzymał się w Mieszkowicach. Ludzie rozeszli się po miasteczku. Wrócili z wiadomością, że ocalało bez większych zniszczeń i prawie nikogo w nim nie ma. Na dworcu zapytałem przypadkowego mężczyznę o jakieś niewielkie gospodarstwo, bo przywieźliśmy ze sobą konia i krowę. Ten mężczyzna, jakiś miejski urzędnik, polecił nam jedno miejsce na ul. Moryńskiej, na peryferiach miasteczka.
Mackiewiczowie wyładowali dobytek z wagonu i ruszyli pod wskazany adres.
- Mijaliśmy po drodze puste ulice i domy - wspomina Fortunat. - Wrażenie było przygnębiające. Na miejscu okazało się, że urzędnik polecił nam dobre miejsce, z małą oborą i stodołą. Wkrótce zabraliśmy się do pracy. Urządziliśmy trochę nasze gospodarstwo i zaczęliśmy sianokosy. Zebrane siano woziliśmy również przez teren fabryki Profé.

Idź do Mackiewiczów
- Z Syberii wróciłam chora i ważyłam niewiele ponad trzydzieści kilogramów - opowiada Elwira. - Do lepszej formy doszłam dzięki pomocy krewnych i lekarza. Potem odwiedziła nas ciocia Toni, siostra mojej mamy, która mieszkała z nami w Mieszkowicach. Kazano jej się stamtąd wynieść. Moi rodzice zostali w miasteczku dzięki fabrycznej turbinie. Zaopatrywała je ona w prąd, a ojciec znał się na obsłudze urządzenia. Bardzo chciałam do nich wrócić. Liczyłam na pomoc cioci..
W styczniu 1946 r. Toni i Elwira stanęły nad Odrą w Goestebieser Loose. Na drugim brzegu zza drzew wyłaniała się wieża kościoła w Gozdowicach. Przed nadejściem frontu przez rzekę pływał prom łączący obie miejscowości. Po wojnie przeprawa przestała istnieć.
Elwira: - Zauważyłyśmy wędkarza, Polaka, który pływał łódką po rzece. Ciocia zawołała do niego: To jest córka mistrza z elektrowni w Mieszkowicach! Wróciła z Syberii i chciałaby dostać się do swojego ojca! Proszę zabrać nas na drugi brzeg! Przeprawił nas do Gozdowic. Trudno opisać tę radość, z którą potem wylądowałam w ramionach rodziców.
Następnego dnia Toni musiała wracać.
- Najpierw wysłała mnie do Mackiewiczów po mleko - pamięta Elwira. - Powiedziała: Chodziłam do nich po kartofle i mąkę. To dobrzy ludzie. Nie pytali o narodowość i nie chcieli pieniędzy. Nie trzeba się ich bać. Mimo to z lękiem poszłam do nich na Moryńską.
- Była przestraszona - potwierdza Fortunat. - Przyszła ze znajomą kanką. Bacznie nam się przyglądała. Gdy mama nalała jej mleka, wycofała się do wyjścia i zamknęła za sobą drzwi.
- Przekonałam się, że ciocia ma rację - dodaje Elwira. - Następnym razem wybrałam się do nich bez strachu.
- Któregoś razu zaproponowałem Elwirze, że ją odprowadzę - wspomina Fortunat. - Zgodziła się. Może dlatego, że już było ciemno. Następnym razem już nie proponowałem, tylko wyszedłem z nią na ulicę. Było mi jej żal, że musi chodzić i prosić o jedzenie. Z tego żalu pocałowałem ją w czoło. Odtąd stawaliśmy się sobie coraz bliżsi.
Elwira najpierw opowiedziała Fortunatowi o swoich rodzicach. Potem im go przedstawiła.
- Wtedy zapytałem jej ojca, czy myśli o ponownym uruchomieniu fabryki - opowiada Fortunat. - Odpowiedział twierdząco. Na drugi dzień poszedłem w tej sprawie do burmistrza. Słuchał mnie z niedowierzaniem. W końcu dał się przekonać i powiedział: No to uruchamiajcie. Państwo przejęło zakład. My uruchomiliśmy maszyny i zorganizowaliśmy załogę. Burmistrz na początek przyprowadził nam 18 ludzi. Nie mieli doświadczenia w zawodzie. Do pracy przyuczał ich Profé. Pracował nawet za dwie osoby, bo miał z nas największe pojęcie o tej robocie. Coś zaczynał, ja kończyłem, a on już był przy następnym stanowisku.

Miłość i rozstanie
- Najpierw pracowaliśmy bez wynagrodzenia - mówi Fortunat. - Po miesiącu wyprodukowaliśmy pierwsze miary metryczne. Potem doszły do nich piórniki i obsadki, na które znaleźliśmy klientów w Szczecinie. Po trzech miesiącach odebraliśmy pierwszą wypłatę.
Elwira: - Rodzicom imponował ten zdolny i ambitny chłopak. Zaprzyjaźniłam się z nim. Spędzaliśmy ze sobą wolny czas, czuliśmy się przy sobie szczęśliwi. Z tego zrodziło się uczucie. Po jakimś czasie zrozumieliśmy, że należymy do siebie.
Przyszło lato 1946 r. Fortunat poszedł na posterunek milicji. Zapytał, gdzie i jak może uzyskać zgodę na ślub z Niemką.
- Wtedy milicjant zapytał: Kim jest ta kobieta? - relacjonuje. - Odpowiedziałem mu, że to córka byłego właściciela fabryki. Powiedział na to: Niemka i w dodatku córka kapitalisty. Na ten ślub zgody nie będzie. Zresztą oni i tak niedługo stąd wyjadą.
- Ta bolesna wiadomość nie zniszczyła naszego uczucia - wspomina Elwira. - Poza tym zapowiadany wyjazd nie nadchodził.

Aż do jesieni 1947 r., gdy rodzina Profé dostała nakaz opuszczenia Mieszkowic i wyjazdu do Niemiec.
Fortunat: - Pożegnaliśmy się dzień wcześniej. Oboje bardzo cierpieliśmy.
Elwira: - Fortek dał mi swoje zdjęcie. Wiedziałam, że to będzie jedyna rzecz, jaka mi po nim zostaje. Nie mieliśmy nadziei na to, że się jeszcze kiedyś spotkamy.
Fortunat: - Poprosiłem, żeby nie pisała do mnie listów. W tych trudnych czasach korespondencja z Niemiec mogła się komuś wydać podejrzana. Listy przywoływałyby wspomnienia, które wzmacniałyby ból.
Kilka miesięcy później Mackiewiczowie również wyjechali z Mieszkowic. Wyprowadzili się do Młynar w Olsztyńskiem.
- Chciałem na nowo ułożyć sobie życie - opowiada Fortunat. -W Młynarach poszedłem do pracy w Spółdzielni Kółek Rolniczych. Otworzyłem niewielki warsztat ślusarski. Poznałem dziewczynę. Ożeniłem się z nią.

Trudne nowe początki
W NRD Elwira osiadła z rodzicami u krewnych w Altreetz.
- Nie mieliśmy łatwego startu - wspomina. - Po wojnie ludzie borykali się z różnymi problemami. Brak pracy, brak pieniędzy, brak perspektyw. Dzięki rodzeństwu taty było nam jednak trochę łatwiej zacząć nowe życie.
Pół roku później jej ojciec otworzył prywatny warsztat stolarski. Elwira poszła na studia pedagogiczne w Berlinie.
- Potem rozpoczęłam pracę w okolicznych szkołach - opowiada. - Uczyłam przedmiotów związanych z prowadzeniem gospodarstwa domowego i czułam, że osiągnęliśmy względną stabilizację. Nie na długo, jak się potem okazało.
W 1950 r. państwo odebrało jej ojcu warsztat w ramach wywłaszczenia.
- Wtedy zdecydowaliśmy się na emigrację do zachodnich Niemiec - mówi Elwira. - O legalnym wyjeździe nie było mowy. Uciekliśmy przez zieloną granicę i zamieszkaliśmy w Hesji. Tam ojciec wziął kredyt i powoli otworzył nową fabrykę. Byłam jednym z jej pierwszych pracowników.
Pięć lat później Profé przeniósł zakład do Westfalii. Zmarł w czerwcu 1962 r.
- Odtąd prowadziłam firmę wspólnie z mamą - opowiada Elwira. - Sześć lat później sprzedałyśmy ją i osiadłyśmy w zachodnim Berlinie. Potem przedstawiono mnie żonie ówczesnego prezydenta RFN Gustawa Heinemanna. Wkrótce pani prezydentowa zaprosiła mnie do projektu założenia w Berlinie modelowego miasteczka dla osób umysłowo upośledzonych. Mocno zaangażowałam się w to zadanie. Całkowicie mnie pochłonęło. Potem przez dwadzieścia lat byłam kierownikiem placówki. Czułam się szczęśliwa, bo robiłam coś, co dawało mi wielką satysfakcję.

Bałam się tej wizyty
Jesienią 1991 r. Elwira postanowiła odwiedzić Mieszkowice: - Otwarto granice i mimo wahań zdecydowałam, że teraz muszę tam pojechać. Miałam cichą nadzieję, że odnajdę Fortka. Najpierw z mocno bijącym sercem podjechałam pod bramę naszej dawnej fabryki. Pierwszą osobą, którą tam spotkałam, był Adam Cieślak. Jego posesja sąsiaduje z zakładem. Powiedziałam mu, kim jestem. Potem zaprowadził mnie do fabryki.
- To była niedziela - pamięta Janusz Sokołowski, wtedy dozorca w zakładzie. - Pani Profé podeszła do bramy i zapytała, czy mogłaby wejść na teren zakładu. Potem pokazała mi stare zdjęcia fabryki i domu, który dawniej obok niej stał. Czułem, że jest spięta.
- Bałam się, jak zostanę odebrana - potwierdza Elwira. - Nie spodziewałam się, że będę mogła zobaczyć miejsce, w którym się wychowałam. Stało się jednak inaczej. Pan Sokołowski był bardzo uprzejmy. Ta pierwsza wizyta po latach dodała mi odwagi. Zapytałam Cieślaka, czy wie cokolwiek o Fortku i jego rodzinie. Obiecał, że spróbuje się czegoś dowiedzieć. Sama również szukałam o nim informacji. Wtedy dowiedziałam się, że on nie żyje. To był szok. Potem znowu wybrałam się do Mieszkowic. Spotkałam się z Cieślakiem. Powiedział mi, że Fortek żyje, ale od lat nie mieszka w Mieszkowicach. Jeszcze raz zwiedziłam fabrykę. Spotkałam się z jej pracownikami.
Jedna z pracownic fabryki znała się z kuzynką Fortunata. Opowiedziała jej o niecodziennej wizycie w zakładzie.

- Kuzynka zdała mi relację przez telefon - opowiada Fortunat. - Wiedziała już od Cieślaka, kiedy Elwira znowu przyjedzie do Mieszkowic. Wtedy się jednak nie spotkaliśmy. Kuzyn Elwiry miał wypadek i została w Niemczech. Spotkałem się za to z Cieślakiem. Opowiedział mi o tym, jak wygląda, jak się trzyma. Na koniec dał mi miarę metryczną, którą dostał od Elwiry. Był na niej adres firmy, którą kiedyś prowadziła z mamą, oraz imię i nazwisko jakiegoś mężczyzny. Myślałem, że to pewnie mąż Elwiry, który kieruje fabryką po śmierci jej ojca. Z tego powodu podszedłem do sprawy z rezerwą. Napisałem list na ten adres z dopiskiem "dla Elwiry". Byłem przekonany, że trafi do jej męża. Nie chciałem komplikować sytuacji. Dlatego ogólnie napisałem jej, jak żyję.

Lata, których nie było
Był rok 1995. Nim Elwira dostała list od Fortunata, dowiedziała się, że ożenił się kilka lat po wyjeździe z miasteczka.
- Zwątpiłam w to, czy mam prawo dalej go szukać - opowiada. - Wiosną przyszedł list, pojechałam do Mieszkowic i wszystkiego się tam dowiedziałam. Okazało się, że Fortek jest sam, a małżeństwo istnieje tylko w dokumentach. Jego żona szesnaście lat wcześniej wyjechała do Ameryki. Uznałam, że powinniśmy się spotkać. Postanowiłam, że odwiedzę znajomą w Kwidzynie a stamtąd było już blisko do Fortka.
Fortunat: - Umówiliśmy się na spotkanie w sierpniu przed dworcem w Kwidzynie. Wiedziałem już, że też jest sama. W drodze pomyślałem jednak, że chyba zwariowałem. Minęło przecież tyle lat. Od naszego rozstania nie zamieniliśmy ani słowa. Żyliśmy, nic osobie nie wiedząc. Pytałem się sam siebie, czy w tej starszej kobiecie zobaczę moją dawną Elwirę, czy to ma sens.
W umówionym miejscu był trochę przed wyznaczoną godziną. - Za jakiś czas na parking, na którym czekałem, wjechał samochód z niemiecką rejestracją. Zatrzymał się blisko mojego auta. Wysiadły z niego dwie kobiety. Jedna zaczęła iść w moją stronę.
- W sylwetce tego mężczyzny dostrzegłam coś znajomego - relacjonuje Elwira. - Zrobił krok w moim kierunku.
- Zatrzymaliśmy się przed sobą - opowiada Fortunat. - Potem zapytaliśmy się wzajemnie: Elwira? Fortek? Rozpoznałem jej głos. Padliśmy sobie w ramiona.
Elwira: - Poczuliśmy, że prawie pół wieku, przez które się nie widzieliśmy, stało się nagle jak krótka chwila nieobecności. To nam pomogło podjąć decyzję. Postanowiliśmy razem wrócić do Mieszkowic i tam na stałe zamieszkać. Kupiliśmy kawałek ziemi i w 1997 r. postawiliśmy na niej dom. Wprowadziliśmy się do niego razem z moją mamą. Mieszkała z nami jeszcze cztery lata. Gdy zmarła, pochowaliśmy ją na miejscowym cmentarzu, obok jej ojca.

Wiele im zawdzięczamy
- Szybko poczułam się dobrze w Mieszkowicach - przyznaje Elwira. - Chciałam zrobić coś dobrego, w czym od początku Fortek dzielnie mnie wspomagał.
Najpierw założyła grupę gimnastyczną kobiet. W każdy poniedziałek wspólnie ćwiczą na hali przy liceum. - Poza tym łączy nas mocna przyjaźń - opowiada. - Spotykamy się również towarzysko i wspólnie świętujemy różne okazje.
W 1999 r. we współpracy z parafią i pastorem Friedrichem Wilhelmem Ritterem zorganizowała spotkanie dawnych i obecnych mieszkowiczan. Odtąd spotykają się co roku. Potem pomogła miejscowemu gimnazjum w nawiązaniu współpracy z podobną szkołą w Niemczech. 10 grudnia 2004 r. uroczyście otwierała Warsztaty Terapii Zajęciowej przy Stowarzyszeniu na rzecz Osób Niepełnosprawnych "Promyk" w Mieszkowicach.
- Wiele zawdzięczamy jej i panu Fortunatowi - opowiada Alina Leończyk, kierownik placówki. - Byli z nami od samego początku. Najpierw zabierali mnie ze sobą do Niemiec, żebym mogła zobaczyć, jak tam funkcjonują podobne placówki. Potem Elwira zaangażowała się w pozyskanie sporych funduszy na remont budynku po byłej podstawówce w Goszkowie. Dzięki jej staraniom Fundacja Diakonii z Berlina przekazała nam 30 tys. euro.
Dzisiaj z zajęć w warsztatach przez pięć dni w tygodniu korzysta dwudziestu uczestników. Wyszywają, gotują, pieką, zdobią ceramikę, malują obrazy, uczą się tańców towarzyskich i stolarki. W ramach wspólnych polsko-niemieckich warsztatów w Eberswalde wydali książkę o kulinarnych tradycjach obu narodów.
- Duża w tym zasługa Elwiry, która pomogła nam nawiązać kontakty za Odrą - przyznaje kierowniczka warsztatów. - Żeby pan widział, co się tu dzieje, gdy odwiedza nas z Fortunatem. Wszyscy ją znają, każdy chce ją dotknąć, przytulić.

4.11.2005 - Szczęśliwe zakończenie
Dzisiaj w Mieszkowicach Elwira i Fortek znają wielu ludzi. Zaprosili ich na swój ślub i wesele.
- Było to możliwe po załatwieniu wielu formalności - opowiada Elwira. - Za to, gdy czwartego listopada ubiegłego roku wchodziliśmy po schodach do Urzędu Stanu Cywilnego w ratuszu, pomyślałam: czy to nie jest ukoronowanie długiego i nie zawsze lekkiego życia? Jesteśmy pewni, że tak się właśnie stało.

http://www.transodra-online.net/de/node/2267

Offline

 

#30 2009-03-17 15:03:24

roman
Ślązak
Zarejestrowany: 2009-03-15
Posty: 763

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

ja ten film widziałem w niemieckiej telewizji .miną rok od ostatniego posta ale ja niedawno się zalogowałem ślązak

Offline

 

#31 2009-03-17 17:17:59

mieto
Yoda
Zarejestrowany: 2007-11-30
Posty: 3828
płeć: M
wiek: idealny
skąd: Óć
zainteresowania:
Serwis

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

na zdf. tez widziałem


http://www.danasoft.com/sig-pol.jpg
tamubezbiecz@wp.pl

Offline

 

#32 2010-02-02 14:00:36

Pirulo
Dyskutant
Zarejestrowany: 2007-11-21
Posty: 974
płeć: boy
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania: różne

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

O losach Pani Elwiry i Pana Fortunata piszą też min w Czechach - http://zpravy.idnes.cz/nemka-a-polak-se … anicni_btw

Offline

 

#33 2013-04-10 00:22:25

Kiki
Administrator
Zarejestrowany: 2007-05-28
Posty: 4009
płeć: chłopak
wiek: w sam raz
skąd: www
zainteresowania: sport, muzyka, oraz gry

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Jak doniósł nasz facebukowy donosiciel:

We wtorek 16 kwietnia o g. 22 w cyklu "Historie miłosne" Polsat Café wyemituje reportaż zrealizowany w Mieszkowicach.

Jego bohaterem będzie Elwira Profé - Mackiewicz i Fortunat Mackiewicz - Profé. Poznali się w powojennych Mieszkowicach. Los rozdzielił ich w 1947 r. Na kolejne spotkanie czekali aż czterdzieści osiem lat.

Offline

 

#34 2013-04-11 15:00:59

Robot Rock
nie agresor
Zarejestrowany: 2008-02-13
Posty: 631

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Chyba odblokuję w dekoderze ten kanał. Ale zaręczam tylko na ten jeden raz.

Offline

 

#35 2013-04-22 15:13:12

modliszka81
Młody wilk :)
Zarejestrowany: 2013-04-22
Posty: 11
płeć: Kobieta
wiek: ...
skąd: Mieszkowice
zainteresowania:

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Oglądałam i jeszcze raz z chęcią obejrzę. Niestety reportażu nie mogłam nagrać a na ipla tego nie ma. Czy w intenecie można go jeszcze raz zobaczyć ?

Offline

 

#36 2013-04-23 07:53:00

Mukiszanu
Dyskutant
Zarejestrowany: 2010-02-28
Posty: 741
płeć: M
wiek:
skąd: Mieszkowice
zainteresowania:

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Często są powtórki.


"Przyjmuj ból i rozczarowanie jako część swojego życia"

Offline

 

#37 2013-04-30 13:57:18

Jolanta
Młody wilk :)
Zarejestrowany: 2013-04-09
Posty: 5

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

A ja to nagrałam. Świetny dokument.

Offline

 

#38 2013-09-26 13:43:52

modliszka81
Młody wilk :)
Zarejestrowany: 2013-04-22
Posty: 11
płeć: Kobieta
wiek: ...
skąd: Mieszkowice
zainteresowania:

Re: Najbadziej romatyczna historia w Mieszkowicach

Jolanta napisał(a):

A ja to nagrałam. Świetny dokument.

Wysłałam do Ciebie prywatną wiadomość. Odpisz proszę.

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB
Host by: Hosting
© Copyright 2002–2005 Rickard Andersson



Założ : stronę za darmo